O blogu
Klub Kolonialny Papugi Orinoko - w tej nazwie wszystko jest prawdziwe:
- Klub jest wirtualnym klubem wymiany rzeczywistych poglądów,
- Kolonialny stanowi egzotyczne decorum, które powinno Czytelnika zaciekawić, sprowadzić i, why not, uwieść,
- Papuga Orinoko istnieje naprawdę i można ją spotkać na blogu "Z frontu walki z reakcją i Redakcją",
środa, 27 maja 2015
Cudowne zbiegi okoliczności (1)
- Żyjemy na przecięciu dwóch światów: Ducha i materii. Geometrycznie można to sobie wyobrazić, jako przecięcie dwóch płaszczyzn, linię niekoniecznie prostą, w niektórych przypadkach meandrującą po płaszczyźnie Ducha, w innych sięgającą w głąb płaszczyzny materii.
- Mój wykładowca statystyki, wiele lat temu, radził, żeby rezygnować z wszelkich zakładów, jeśli prawdopodobieństwo wystąpienia pożądanego zdarzenia jest mniejsze niż jedna siódma. Szóstka w totka to jeden do szesnastu milionów, przypadkowe powstanie życia jest tysiące razy mniej prawdopodobne, a zbieg okoliczności, że Polak staje się Papieżem i zostaje zaproszony przez komunistów i w czasie, gdy wygłasza homilię, ci sami komuniści podejmują decyzję samobójczą, jest pewnie jeszcze mniej prawdopodobne, a na dobitkę dla nich powstaje Solidarność.
- A jednak, czasami wygrywa się w totka, życie powstaje, sami jesteśmy tego przykładem, a komunizm upadł na naszych oczach. Jeśli jednak wygrana w totka, przy wielkiej liczbie zakładów jest możliwa, to stworzenie życia i upadek komunizmu w takich warunkach, jakie znamy, jest zgoła niemożliwe. Matematycznie niemożliwe.
Czyli musi być spełniony jeszcze jakiś warunek.
Krok pierwszy - Siewcą zostaje wybrany Polak
Tylko dla niektórych panowanie polskiego papieża było zaskoczeniem. Od przeszło wieku, zanim Karol Wojtyła zasiadł na tronie, przewidywano taką możliwość. Wieszcz, Juliusz Słowacki pisał w dobrym wierszu tak oto:
Pośród niesnasek Pan Bóg uderza
W ogromny dzwon,
Dla słowiańskiego oto papieża
Otworzył tron.
Ten przed mieczami tak nie uciecze
Jako ten Włoch
On śmiało, jak Bóg, pójdzie na miecze
Świat mu - to proch.(...)
Bardziej precyzyjna jest przepowiednia z Tęgoborza, która wskazuje nawet pochodzenie przyszłego papieża:
(...)
Trzy rzeki świata, dadzą trzy korony
Pomazańcowi z Krakowa(...)
Sceptycy, z wyżyn swojej filozofii podchodzili do owych "proroctw" obojętnie, a niekiedy jawnie z nich drwili. Jednak do czasu, gdy 16 października 1978 papieżem stał się z nadania Ducha Świętego kardynał, metropolita krakowski Karol Józef Wojtyła. Wtedy ucichli. Cisza trwała długo. Ostatecznie odświeżyli argument o "kosmicznym zbiegu okoliczności" pomiędzy fikcją tworzoną przez autorów "ku pokrzepieniu serc", a zwyczajnym wyborem papieża przez kolegium do tego stosowne i powtarzali go, aż spokój powrócił do ich serc, a na twarze uśmiech.
Krok drugi - Papież wygłasza sławną homilię
Tak, jak nikt nie podejrzewał, że tuż po inauguracji Jana Pawła I nastąpi Jan Paweł II, tak nikomu nie przychodziło do głowy, że Następca Świętego Piotra zostanie zaproszony do kraju, w którym naczelną ideą wiodącej partii jest komunizm, a zadaniem zapraszających walka z Kościołem.
Jednak do tego doszło. Znów sceptycy, po krótkim zastanowieniu tryumfowali, wskazując na uwiarygodnianie się rządzącej ekipy w oczach zachodnich mediów, jako cywilizowanej na sposób liberalny, co umacnia kredyt, niezbędny przy unowocześnianiu gospodarki. Nikt z nich nie przypuszczał, że tuż po wyjeździe Papieża, PRL ujawni się jako bankrut.
I tak 6 sierpnia 1979 roku na Placu Zwycięstwa w Warszawie Papież, "syn polskiego narodu" modlił się publicznie o "odmianę oblicza tej ziemi". Nieprawdopodobne stało się możliwe. Siewca rozrzucił ziarno na własnym polu.
Sowiety - początek końca
W tym samym roku w święta Bożego Narodzenia Sowieci wkraczają do Afganistanu.
Aby przygotować taką inwazję trzeba miesięcy przygotowań. Kto wie, co się działo w czerwcu na Kremlu, gdy Papież wzywał Ducha Świętego? Czy czerwony sekretarz doznał pomieszania zmysłów? Czy też rzezią Afgańczyków postanowił przerazić Polaków? W każdym razie mniej więcej w tym czasie zdecydowano o inwazji.
Sceptycy nie przejmują się tym, że gdyby wczesnym latem (prawdopodobnie w czerwcu, również w odpowiedzi na Pielgrzymkę do Polski) 1979 roku nie podjęto decyzji o inwazji, ZSSR wraz ze swoim obozem trwałby nadal.
Krok trzeci - społeczne ruchy wypiętrzają Solidarność
Bankructwo systemu gospodarczego w Polsce spowodowało powszechne niezadowolenie. Ale tak bywało już wcześniej, kolejnym załamaniom towarzyszyły strajki wielkie liczebnie, ale rozproszone, ograniczone do skupisk przemysłowych i rozruchy krwawo tłumione przez komunistów. Tym razem zanim do czegokolwiek doszło powstała Solidarność.
Sceptycy natychmiast znaleźli przyczynę w zbiorowej mądrości Polaków, płynącej z doświadczeń historycznych i przykładu Mahatmy Gandhiego. Nikt, literalnie nikt z nich, nie spróbował odpowiedzieć na pytanie, jak by się potoczyła historia, gdyby papieżem nie został Karol Wojtyła. Nikt do tej pory nie zadał sobie trudu rozstrzygnąć, co by się stało, gdyby Papież nie odwiedził Polski, lub nie wypowiedział, znamiennej homilii.
Większość ziarna, jednak trafiła w żyzną rolę. Solidarność stała się dziesięciomilionową organizacją.
cdn
wtorek, 26 maja 2015
Cud czy korniki w szczudłach? (tekst polemiczny)
W
sobotę,
23 maja, p. Jacek Kaiper tak zaczął swój post pt. "W
rocznicę cudu Jana Pawła Drugiego.":
Blisko cztery dekady temu, na Placu Zwycięstwa, dziś Placu Piłsudskiego, w Warszawie, w przeddzień święta Zesłania Ducha Świętego, Jan Paweł Drugi modlił się wraz z milionową publicznością o bezpośrednią Bożą interwencję i odmianę losów świata. Cud się wydarzył. Kilkanaście lat później, całkiem bezkrwawo zapadła się pod własnym ciężarem największa potęga militarna świata. W zasadzie nie wiadomo, po co tak długo konferowała święta komisja w Watykanie rozważając przypadek uzdrowienia, skoro wezwany przez Papieża Duch Święty dokonał na naszych oczach największego cudu w historii.
Osobiście
wierzę w cuda i nie mam żadnych uprzedzeń wobec pomysłu, że
Stwórca interweniuje, gdzie i kiedy uzna za stosowne. Jednocześnie,
nie tylko jestem wyznawcą teorii spiskowej dziejów, ale dostrzegam wpływ
światowej
gospodarki
i technologii
na sytuację
polityczno-społeczną
w krajach nierynkowych. Uznaję
przy tym pewną
dozę słuszności w marksistowskim twierdzeniu, że byt kształtuje
świadomość.
Uważam,
że
niewydolna
gospodarka sowiecka zwyczajnie nie wytrzymała narzuconego jej przez
Reagana wyścigu zbrojeniowego, połączonego
z obniżeniem cen
ropy naftowej i amerykańskim
wsparciem dla stron walczących z Armią Czerwoną w
Afganistanie. Rosja, stanowiąca trzon sowieckiego "imperium
zła",
musiała poszukać sposobu na utrzymanie się przy życiu,
zwłaszcza że Gorbaczow wiedział, że na końcu sowieckiego tunelu
znajduje się nie światło, tylko ściana.
Równolegle rozwijały się różne inicjatywy podziemne, ale ich projekty sięgały daleko poza doraźne problemy natury konsumpcyjnej. Tyle tylko, że bez masowego rewolucyjnego podniecenia wywołanego przez kiełbasę coraz droższą i gorszą, taki na przykład KOR pozostałby towarzystwem wzajemnej adoracji trockistów pochodzenia starozakonnego.
Koktajl tego wszystkiego sprawił, że w społeczeństwie polskim jęło się tlić, wybuchać cząstkowo, aż eksplodowało. Cuda mają to do siebie, że działają błyskawicznie. Tymczasem proces przewracania się komunizmu trwał długo i nie mam zamiaru nudzić najmłodszych czytelników tym wszystkim, co ich dziadkowie znają z autopsji, a rodzice z opowiadań. W obu wypadkach powierzchownie, bo tak już jest z rewolucjami, że ich mózg działa w podziemiu, podczas gdy na ulicach sika krwią tylko mięso armatnie.
Dla
Sowietów
Polska stała
się
polem eksperymentu: czy kraj satelicki może przeskoczyć
w inny system polityczny i ekonomiczny bez
rozlewu krwi i konieczności interwencji? Eksperyment się
powiódł i pozwolono reszcie satelitów w miarę
pokojowo opuścić
swoje orbity. Mniej dotyczyło to małych
krajów,
przylepionych do Rosji geograficznie jak koszula do ciała.
Kompletnie lekkomyślnie
został
potraktowany przez Gorbaczowa problem ukraiński i jeśli teraz leje
się krew, to w wyniku pozostawienia tam bomby o opóźnionym
zapłonie.
Związek
Sowiecki nie tyle "zapadł się bezkrwawo pod własnym
ciężarem", co - w stanie agonalnym - pozbył się chorego
imperium. Rozłożył
się,
umożliwiając Rosji wyjście z własnego trupa. Tej Rosji, którą
"świat"
w najlepsze akceptował,
kiedy pod rządami
mało
rozgarniętego
Jelcyna rozdrapywali ją
wielopaszportowi oligarchowie, a której
obecnie ten sam świat przeszkadza rozliczyć się do
reszty z żydokomunistyczną
przeszłością, wywołując w niej kompleks oblężonej twierdzy i
reanimując
polityczne trupy, naznaczone
przez sowiecką
nostalgię.
Gdyby
rozpad Związku Sowieckiego i odzyskanie wolności przez Polskę
dokonały się w drodze Bożego zrządzenia, Wisła płynęłaby
nadal do Bałtyku, ale miliony młodych Polaków nie wyjeżdżałyby
w poszukiwaniu szczęścia, w Sejmie i mediach nie straszyłyby
postępowe upiory, B'nai B'rith byłoby dla Polaków pojęciem encyklopedycznym, istniałyby wyłącznie dwie płcie i dewianci,
polityka zagraniczna Polski byłaby prowadzona według potrzeb
Polskiej Racji Stanu, Michnik byłby redaktorem naczelnym
Krakowskiego Trębacza Mariackiego, a Hartman pisałby do szuflady.
Stwierdzenie
"wezwany
przez Papieża Duch Święty dokonał na naszych oczach największego
cudu",
jest według mnie niedopuszczalnym nadużyciem. Chyba, że zobaczę
papier z poświadczeniem podpisanym przez Ducha Świętego i czytelną
pieczątką na dole.
Wszelkie
oświadczenia typu Duch
Święty przemawia przez XY / Bóg chce, żeby (...) / Bóg daje nam do
zrozumienia, itd. itp. są
poważnym naruszeniem drugiego przykazania "Nie będziesz
wymawiał imienia Pana Boga twego nadaremno".
O
Najwyższym wiemy tyle, ile chciał żebyśmy wiedzieli.
Przed
każdym beztroskim wypowiadaniem się
w Jego imieniu hamowałbym aż
do zdarcia zelówek i walił się w piersi w
razie nadużycia.
Bojaźń
Boża - to nie jest puste stwierdzenie.
Niech
mi Jacek Kaiper nie weźmie za złe mojego "twardego słowa".
Nie on pierwszy uniósł mnie w tej sprawie w powietrze, ale trafiło
na niego.
Na kogoś w końcu trafić musiało.
niedziela, 24 maja 2015
Przyjdź Duchu Święty i oświeć!
Na
początku chrześcijaństwo liczyło 12 apostołów - jeszcze
trochę, a jego trzon, Kościół Katolicki, będzie liczył w
Europie tyle samo owieczek.
Dziwne - w miarę, jak Kościół wymiera,
gwałtownie wzrasta liczba świętych wśród posoborowych papieży.
Przy oklaskach masonerii i michnikoidów. Pierwszemu z nich, Janowi XXIII,
wystawiano pomniki już w PRL.
Ilustracja
liczbowa: We Francji, w roku 1952, na 10 lat przed Soborem
Watykańskim II, po 160 latach wściekłej walki z Kościołem, na
mszę niedzielną uczęszczało 27% katolików. W roku 2010 już tylko
4,5%.
Oczywiście,
w tym okresie świat (szkoła, telewizja, rodzina) "poszedł do
przodu", ale też z roku na rok, systematycznie i z uporem
zabierano ludziom świadomość szczególnej tajemnicy Mszy Świętej,
łacinę, śpiewy gregoriańskie i kazanie. Ma się we Francji
wrażenie, że gdyby ksiądz, zamiast w homilii
powtarzać to samo, co wierni właśnie usłyszeli w ewangelii, ośmielił
się powiedzieć, że wciąż istnieje grzech i wspiął
się po to na ambonę, to jakaś biskupia policja by go z tej
mównicy
ściągnęła manu
militari.
Jeśli
zważyć na fakt, że warunkiem przetrwania wiary chrześcijańskiej (i europejskiej cywilizacji) jest struktura społeczna oparta na rodzinie i że przed ostatecznym atakiem na Kościół
Katolicki "rząd światowy" musi zacząć od popsucia rodziny, to trzeba uznać, że mu się to znakomicie udaje. Mury prawie
wszystkich twierdz katolicyzmu w Europie padły,
jak gdyby zbudowane były z piasku, mydła i kocich odchodów.
Parodię w postaci "małżeństwa każdego z każdym"
zaakceptowała m.in. Hiszpania, Portugalia, Francja i Irlandia (nec
plus ultra
katolicyzmu). Przypadek Irlandii jest szczególny - nowe prawo
wprowadził tam nie jakiś efemeryczny rząd socjalistyczny, tylko
społeczeństwo w drodze referendum.
![]() |
| Z sieci |
Gnicie rodzin postępuje, a głos hierarchów kościelnych, zwłaszcza w
Europie Zachodniej, pozostaje ledwo słyszalny.
Kiedy socjalista Hollande, rękami czarnej minister Taubira, wprowadzał swój mariage pour tous, każdej niedzieli czekałem krzyku hierarchii kościelnej. Jedyne, co usłyszałem, to natchnione przemówienie księdza wzywającego "do szacunku wobec braci homoseksualistów".
Kiedy socjalista Hollande, rękami czarnej minister Taubira, wprowadzał swój mariage pour tous, każdej niedzieli czekałem krzyku hierarchii kościelnej. Jedyne, co usłyszałem, to natchnione przemówienie księdza wzywającego "do szacunku wobec braci homoseksualistów".
Cierpienie
za prawdę, odwaga w rzucaniu prawdy w twarz skorumpowanej moralnie władzy, ostry apel do katolików, nawołujący do wyrażania niezgody na kolejne fale
zarazy z Sodomy - wciąż
wypatruję tego ze strony purpuratów, mających
przewodzić stadu.
Oto,
co znalazłem:
Ilustracja
i tytuł z Frondy: "Niemcy wchodzą na ścieżkę schizmy".
Ten bez mycki, na lewo, kardynał (nomen omen) Marx
zadeklarował, że niemiecki Kościół
"to nie jest filia Rzymu".
W nowej ofensywie mocy ciemności, pod słuszną potrzebę rozważań
nad nieudanymi małżeństwami, perfidnie podpięto zamiar wprowadzenia do Kościoła sodomitów i zrównania ich
praw z prawami mężczyzn i kobiet, tworzących rodziny w zgodzie z
zamysłem Stwórcy i anatomiczną oczywistością.
Dzisiaj,
w Uroczystość Zesłania Ducha Świętego, raz jeszcze:
Przyjdź Duchu Święty i oświeć!
Oświeć leniwych i złych pasterzy, którym Chrystus powierzył prowadzenie swoich wyznawców do zbawienia, a nie czynienie z nich stada zdezorientowanych baranów.
Nam, katolikom "szeregowym", daj roztropność i odwagę, abyśmy potrafili krzyknąć "uwaga!" z dowolnego miejsca w prowadzonym do przepaści stadzie!
Prosimy Cię.
Prosimy.
sobota, 23 maja 2015
W rocznicę cudu Jana Pawła Drugiego.
Blisko cztery dekady temu, na Placu Zwycięstwa, dziś Placu Piłsudskiego, w Warszawie, w przeddzień święta Zesłania Ducha Świętego, Jan Paweł Drugi modlił się wraz z milionową publicznością o bezpośrednią Bożą interwencję i odmianę losów świata. Cud się wydarzył. Kilkanaście lat później, całkiem bezkrwawo zapadła się pod własnym ciężarem największa potęga militarna świata. W zasadzie nie wiadomo, po co tak długo konferowała święta komisja w Watykanie rozważając przypadek uzdrowienia, skoro wezwany przez Papieża Duch Święty dokonał na naszych oczach największego cudu w historii.
Oczywiście, cud to nietypowy i próżno go szukać w żywotach świętych, czy w historii Kościoła. Nad głowami zgromadzonych nie pojawiły się ogniki, wokół wzniesionych rąk kapłana nie żagwił się płomień. Patrzyłem chciwie. Nic. Może tu i ówdzie w oczach coś rozbłysło.
Proszę Państwa, jutro święto Zesłania Ducha Świętego,
może cud się nie wyczerpał i trwa nadal.
Nie traćmy nadziei.
piątek, 22 maja 2015
Bieżące (1)
Przegląd
wybuchów wulkanicznych,
krajowych i zagranicznych
(22 maja 2015)
Coś dla
Szkotów z warkoczami
Feministki już dawno ściągnęły spódnice przez głowę (razem z głową), co potwierdza ich niemiecka odmiana, żądając, żeby na przejściach dla pieszych znaki Ampelmännchen zostały wymienione na Ampelfrauen.
Niektórzy
myślą, że to dobrze, że w Niemczech przybywa muzułmanów, bo na
Madagaskar zaczną tym razem wyjeżdżać idiotki.
Ciężar i ciąża władzy
Premier Luxemburga, liberał Xavier Bettel, samiec, poślubił pochodzącego z Belgii architekta, też samca.
W pewnym mieście na wschodzie Polski bywało, że przy sprzedaży pary królików, sprzedawca zabawiał się sloganem reklamowym "dwa samce, oba kotne".
Ciężar i ciąża władzy
Premier Luxemburga, liberał Xavier Bettel, samiec, poślubił pochodzącego z Belgii architekta, też samca.
W pewnym mieście na wschodzie Polski bywało, że przy sprzedaży pary królików, sprzedawca zabawiał się sloganem reklamowym "dwa samce, oba kotne".
W omawianym
przypadku ani pan, ani panna młoda nie wydaje się być "kotna".
W dalszym ciągu niewiele wiemy o płci aniołów, ale jeden z zakamarków problemu rozświetlił Papież Franciszek, zwracając się prezydenta Palestyny, Mahmouda Abbasa, słowami "Pan jest aniołem pokoju".
Nie mam problemów ze stopniem wojskowym "Anioł Pokoju", ale jakoś trudno jest mi pogodzić się z myślą, że ma on wąsy.
Onet.pl donosi, że "ArcybiskupTadeusz Gocłowski krytykuje Andrzeja Dudę", ponieważ "mówienie, że Polska jest w ruinie, jest nieuczciwe".
Prawdą jest, że to z ręki Prezydenta kapnął arcybiskupowi w 2011 r. Order Orła Białego.
Ale, "cóż
to jest prawda?",
jak pytał pewien Poncjusz Piłat.
Czy w końcu nie wolno było
Bronisławowi K. wpaść na pomysł z Orłem?
Czy zabronione jest purpuratowi myśleć, że Bronisław K. jest lepszy od Andrzeja
D.?
Najnowszy środek antykoncepcyjny GATES przechodzi próby na małpach
Fundacja Gatesów finansuje prace nad środkiem ubezpładniającym kobiety.
Pierwsza wersja GATESA jest już testowana na małpach.
Że
też nikt nie zajął się testami czegoś podobnego wcześniej. Nie
bylibyśmy niewolnikami Windows i nikt nie straszyłby rodzin
przyszłym "zdalnie sterowanym urządzeniem, wstrzykującym
GATESA (bezpośrednio) do kobiecych organizmów".
"Kacap na deskach", cham na Frondzie
Tytuł z Frondy: "Kacap nadeskach? Sankcje przynoszą wymierne efekty!".
Klasa!
Na kafelkach Frondy podpisał się palcem publicysta "kad".
(Już za Terlikowskiego brakowało tam czasem papieru.)
"Kacap na deskach", cham na Frondzie
Tytuł z Frondy: "Kacap nadeskach? Sankcje przynoszą wymierne efekty!".
Klasa!
Na kafelkach Frondy podpisał się palcem publicysta "kad".
(Już za Terlikowskiego brakowało tam czasem papieru.)
czwartek, 21 maja 2015
kilka pożółkłych fotografii
Oczywiście, używając terminu "Orientalny", przytaczając błędnie, jak się szybko okazało nazwę naszego klubu, nieświadomie dokonałem nadużycia wobec znanych mi wcześniej ustaleń. Długo potem analizowałem stan swojego ducha, który mnie do tego skłonił i doszedłem do następującej konkluzji, którą teraz po kolei wyłożę.
Po pierwsze, zadałem sobie pytania i w swojej uczciwości poszukiwałem na nie odpowiedzi. Klub Kolonialny, to taki, który złożony z kolonizatorów, czy kolonistów? Jeśli kolonizatorów, to w porządku, tryumfuje kultura, lub siła, za to z kolonistami jest różnie; zliczają się do nich zarówno kolonizatorzy, którzy osiedli się tu na dłużej oraz zdominowana ludność rdzenna. Czy nasz klub zatem składać się będzie ze zdobywców, czy podbitych, a może mieszanki tych i owych? A skoro mieszanki, to w jakim procencie? Pytania i wątpliwości same się mnożą w nieskończoność, a wyjaśnienia, kto z członków klubu jest kim, uwikłały by posiedzenia w niepotrzebnych sporach.
Po drugie, wobec wielkiej liczby pytań bez odpowiedzi postanowiłem nie stawiać kolejnej przesłanki tylko od razu wyciągnąć wniosek. Moja jaźń skąpana w słońcu i zawieszona w błękicie południowych mórz, odrzuciła w naturalny sposób termin, który budzi tak wiele wątpliwości zastępując go innym, oczywistym dla wszystkich, którego znaczenia nie trzeba interpretować, ani nic w związku z nim wyjaśniać.
Odpowiadam w ten sposób Panu Fortunatowi Nababowi na dowcipny przytyk, słusznie dokonany nieubłaganym palcem i proponuję w zamian kilka pożółkłych fotografii, które wykładam na stół z intencją, aby się nad nimi pochylić. Kiedyś byliśmy młodzi!
-------------------------------
- Ty chcesz do komandosów? – głos kapitana
był znudzony w sposób charakterystyczny dla oficerów, którym
udało się załapać na etat w WKU.
- Proszę o skierowanie do Szóstej Pomorskiej
Brygady Powietrznodesantowej. – Powtórzył cierpliwie Artur.
- Zesrasz się – kapitan powiedział tym
samym tonem, co poprzednio – tam naprawdę dają w dupę. Spojrzał
na podanie.
- Rok politechniki i na zbity pysk. Za
zachowanie nielicujące z godnością studenta PRL - odczytał.
Zostaliście relegowani. Re le go wa ni - przesylabizował z naciskiem. Czy myślicie, że tam się będą z wami
cackać? Pobiliście milicjanta.
-Tylko, to ja leżałem trzy miesiące w
szpitalu.
- Daliście sobie wpierdolić i tyle. No i po
co mi to mówicie? Teraz potrzebna wypiska ze szpitala.
- Nic nie mówiłem.
- A mi się zdawało, że słyszałem.
- Tak jest. – Powiedział Artur – zdawało
się obywatelowi kapitanowi.
- No, teraz mówicie jak trzeba. Zapamiętajcie,
z takimi papierami podskoczycie raz i do Orzysza.
- Obywatelu kapitanie, jestem ochotnikiem i
będę dobrym żołnierzem. Nie chcę podskakiwać.
Oficer udawał, że się waha. Chłopak jest
durny, a on mądrości go nie nauczy. Zobaczy gdzie trafił,
zmądrzeje, ale już wtedy odsiedzi swoje. Pochylił się nad
dokumentem i coś zanotował.
- Powołanie przyjdzie pocztą za jakiś
miesiąc. Masz trochę czasu, upij się z kolegami, pożegnaj z
dziewczyną, a w jednostce masz być trzeźwy na dzień dobry.
Oficer spojrzał na zegar. Czas przeznaczony
dla poborowego minął, następny kot za drzwiami. Od tego,
przynajmniej nie słuchał głupich wykrętów. Ostemplował
książeczkę wojskową i rzucił w stronę Artura.
- Powinieneś oddać krew, przy wyjściu z
prawej jest stacja krwiodawstwa. Legitymacja dawcy przyda ci się w
wojsku.
- Do czego?
- Zobaczysz. Następny!
Odłożył ankietę Artura na stertę i ze
stosu obok podniósł kolejną.
Plac apelowy był pełen wojska. Pododdziały
sprawnie łączyły się w odziały, potem rozłączały się by znów
połączyć się w jedno, zatrzymać w miejscu i utworzyć długi
dwuszereg. Tę figurę ćwiczono od rana. Kierował wszystkimi
sierżant, niewysoki, barczysty mężczyzna o młodzieńczej sylwetce
i starczej twarzy. Stał samotnie pośrodku obszernej trybuny, na
której w razie potrzeby mieściło się całe dowództwo i przez
elektryczną tubę wydawał rozkazy. Rozmiary trybuny i placu
wyraźnie zmniejszały jego postać tak, że z daleka, czerwony beret
ułożony w prostokątny trójkąt, wyglądał, jak czapka na
krasnalu. Głos tuby nierównomiernie odbijały ściany koszar otaczające plac ze wszystkich stron. Wracał trzykrotnym
echem. Sierżant cierpliwie wyczekiwał, aż hałas ucichnie i
wydawał następny rozkaz. Co jakiś czas urozmaicał monotonnie
wydawane komendy monologiem.
- Wy myślicie, kurwa, że jesteście tu na
wakacjach. - Odczekiwał aż echo ucichnie.
- Ojczyzna was tu przysłała! - Znów pauza
- Ja wam mówię! – Dłuższa przerwa.
- Albo, zaczniecie kurwa, maszerować, albo
kurwa, zesracie się tu do rana.
Pomagało, po każdej takiej wstawce tupot się
wzmagał i wyrównywał.
Artur był tak samo znudzony, jak sierżant,
albo jeszcze bardziej, twarze kolegów z lewej i prawej świadczyły,
że dzieje się z nimi to samo. Ćwiczyli od czerech godzin, szósty
dzień z rzędu i mieli tego serdecznie dosyć. Mimo chłodu mundury
lepiły się do ciała, a twarze pokrywał pył z pod nóg, który
smakował wapnem. Rozkazy wykonywali mechanicznie. Znowu ustawili
się w długi dwuszereg.
- No, teraz było prawie dobrze – zabrzmiało
z trybuny. - Ty, czwarty od końca z mojej prawej, myślisz, że cię
kurwa, nie widzę, jak się drapiesz po jajach? Nie wiesz, co to
baczność? Myślisz, że cię nie zapamiętam? Jeszcze raz!
- Na prawo kooolumnę twórz!
- Naaaprzód marsz!
I cały odział, po raz piętnasty, formował
się w kolumnę, aby obejść plac marszowym krokiem, podzielić się
na pododdziały, sformować dwuszereg i stanąć naprzeciw trybuny.
- No, teraz było doskonale!
- Jeszcze raz.
- Dobrze.
- A teraz; baaaczność! Do przysięgi!
Może nie tylko do Artura nikt nie przyjechał,
ale on myślał, że tylko do niego. Matkę, która szykowała się
do wyjazdu zatrzymała nagła choroba szwagra. Artur dostał
lakoniczną depeszę. Stop krzysztof ma zawał stop nie przyjadę
stop całuję stop mama stop.
Stryj od dawna niedomagał na serce, tak, że
zawał, którego doznał dostał w przeddzień przysięgi Artura,
nikogo nie zaskoczył. Leżał w szpitalu bielańskim i dogorywał.
Przez dwa dni siedziała u wezgłowia, trzymając go za rękę.
Mówiła same dobre rzeczy, o nim, o jego bracie, o Arturze, a kiedy
zmęczony zamykał oczy modliła się za niego i męża. Nie męczył
się długo, zmarł drugiego dnia we śnie. Kiedy rankiem przybyła
do szpitala, jego łóżko było puste już i zaścielone dla
następnego pacjenta. Taką samą uporządkowaną pustkę poczuła w
sercu. Odszedł jedyny człowiek, który jej nigdy nie odstąpił i w
najtrudniejszych chwilach zastępował męża.
Koledzy nie przysłali żadnego zawiadomienia i
konsekwentnie nie pojawili się w jednostce. Nie wiedział, dlaczego,
kilka dni temu rozmawiał w tej sprawie przez telefon i Andrzej
zapewniał, że przybędzie w dużej kompanii i z zapasami.
Stał teraz w długim dwuszeregu, na placu
apelowym i wraz ze wszystkimi wygłaszał słowa przysięgi
wojskowej. Słowa: ”stać nieugięcie na straży pokoju w
braterskim przymierzu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi
armiami i” opuścił i tylko ”ruszał gębą”. Nie on jedyny, cały plac zamilkł, jakby
gigantofony na chwilę straciły moc. Na dowódcy prowadzącym
ceremonię nie zrobiło, to wrażenia. W zeszłym roku było to samo. Przeszedł gładko do następnych słów roty, a gdy przysięga
została złożona oddał mikrofon generałowi.
Najwyższy rangą nie przynudzał ponad miarę. Przyjechał z samego rana i spieszyło mu się do stołu, powiedział parę
słów o historii brygady, z której wszyscy powinni być dumni, o
szlaku bojowym, zdobyciu Wału Pomorskiego, nawiązał krótko do
cichociemnych i Arnhelm. Zakończył życzeniami dla nowo
zaprzysiężonych żołnierzy i ich matek. Ojców ominął jak
zwykle, bo znając życie, uważał za Rzymianami, że tylko matka
jest pewna.
Przy stole rozstrzygnął jeszcze jedną
sprawę.
- To była awaria nagłośnienia – zwrócił
się, nie wiadomo z pytaniem, czy twierdzeniem do dowódcy jednostki.
Pułkownik spojrzał znacząco na chorążego odpowiedzialnego za stan urządzeń
technicznych.
- Nie, obywatelu generale, wszystko było w porządku,
przypuszczam, że w skutek odbić fal głosowych od koszar, nastąpiło ich wygaszenie i akurat
w tym miejscu gdzie staliśmy nic nie było słychać. Na filmie
będzie widać, że wszyscy przysięgają.
Twarz starszego chorążego sztabowego wyrażała
wyłącznie powagę i kompetencję. -
Acha – powiedział generał – interferencja fal odwrotnych w
fazie. Mogło tak być. Na prawa fizyki nie poradzisz. Ale w raporcie
ani słowa o tym, bo jak ich znam, to zaraz przyślą tu uczonych.
W całej jednostce trwało nerwowe ożywienie.
Artur zszedł powoli z placu mijając całe rodziny, które już
zdążyły się pomieszać z chłopcami w mundurach. Patrzył
zazdrośnie na dziewczyny, ubrane odświętnie i w taki sposób, żeby
ich faceci pamiętali je długo. Stare wojsko wróciło do koszar, a
kto mógł szykował się na przepustkę, inni tęsknie wyglądali
przez okna na plac, kantynę i panny.
Bezludne miejsce znalazł na zapleczu kuchni.
Usiadł na murku oporowym zjazdu dla samochodów dostawczych i
wyciągnął małą paczkę sportów. Nie lubił palić, ale z
papierosem w ręku wydawał się sam sobie dojrzalszy. W ogóle
podobali mu się ludzie palący. Zapalił zapałkę, nie przypalał,
trzymał ją o cal od koniuszka Sporta. Zapałka dopalała się do
końca, aż zaczęła parzyć palce. Wytrzymał, zgasła tuż przy
skórze. Wyrzucił mikroskopijne drewienko, polizał piekący kciuk.
Wyciągnął następną i zapalił.
- Jeszcze kilka zapałek i posikasz się w nocy
– głos, który go wyrwał z zadumy należał do sierżanta.
Zeskoczył z poręczy. Sierżant swoim zwyczajem obchodził teren i
zaglądał we wszystkie kąty. Zachowywał się, jak gospodarz
opatrujący swoją własność. Może, dlatego, przed laty, żołnierze
służby zasadniczej nazwali go Szczurem. Pasowało, nikt o nim
inaczej nie mówił.
- Tak jest, obywatelu sierżancie. Nie posikam
się.
- Zrób spocznij i siadaj.
Artur podskoczył na stare miejsce.
Sierżant usiadł obok.
- Nikt do ciebie nie przyjechał?
- Nikt – burknął w odpowiedzi i odwrócił
twarz. - Co obywatel sierżant się tak dopytuje?
- Nie cierpię pisaniny. Jak sobie palniesz w
łeb, to mam przesrane. Raporty, dochodzenia, lustracje, wiesz ile
tego jest? Tak samo dowódca; prokurator nie wychodzi z jednostki,
czepia się o wszystko.
- Nie zamierzam się zabijać, jestem wierzący.
- W Polsce niby sami katolicy, a w naszej
jednostce w zeszłym roku dwóch się zastrzeliło. A jeden z nich,
zupełny kretyn, zrobił to na miesiąc przed wyjściem.
- Miał problemy.
- Pierdolisz
głupoty! To ja miałem problemy. Walnął sobie i z głowy, to ja
zostałem z raportami i cztery kontrole na raz.
- Ze mną w porządku, obywatelu sierżancie.
- Co z dziewczyną?
- Zerwałem.
- A rodzice?
- Mama została przy stryju. Ma zawał.
- Ojciec?
- Nie żyje.
- Koledzy?
- Nie mam kolegów.
Zamilkli, każdy z nich myślał o swoich
sprawach.
- Pójdziecie ze mną – odezwał się
sierżant – do miasta. Trochę kultury wam się przyda.
- Nie mam pieniędzy.
- Zajrzymy do dziewczyn i wrócimy jutro.
- Do burdelu?
- Jakiego znowu burdelu? To porządne
dziewczyny. Mam u nich zniżkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





