O blogu

Klub Kolonialny Papugi Orinoko - w tej nazwie wszystko jest prawdziwe:

- Klub jest wirtualnym klubem wymiany rzeczywistych poglądów,
- K
olonialny stanowi egzotyczne decorum, które powinno Czytelnika zaciekawić, sprowadzić i, why not, uwieść,
- Papuga Orinoko istnieje naprawdę i można ją spotkać na blogu "Z frontu walki z reakcją i Redakcją",

wtorek, 1 grudnia 2015

ECHA Z MIASTA



Nie wiem, czy obecny polski dylemat polityczny - Trybunał Konstytucyjny versus Parlament - pojawił się celowo czy przypadkowo, ale tak czy inaczej mógłby być dobrym początkiem zastanawiania się nad naprawą ustroju państwa.

Obecne dyskusje to jednak głównie przepychanki "służb, lóż i mafii", które najprawdopodobniej nie doprowadzą do żadnych istotnych zmian na tym polu. A stan obecny (nie tylko w Polsce) zakłada omnipotencję i ostateczną wyrocznię prawa stanowionego, nawet jeśli tylko w teorii. Termin "państwo prawa" nabrał dziś demagogicznego charakteru, więcej mówiącego o osobie używającej tego zwrotu, niż o samym państwie. Podobnie jest z siostrzanymi pojęciami-wytrychami w rodzaju "zero tolerancji" czy "równość wobec prawa". Prawo stanowione nie jest nawet w stanie objąć rzeczywistości, a co dopiero ją porządkować - powinno więc pełnić w organizacji społecznej rolę jedynie pomocniczą.

Można by powiedzieć, że fetyszyzowanie pojęcia prawa ma w "demokracji" za cel kontrolę kierunku "postępu" i sposobu na dostarczanie ludowi kolejnej dawki opium; ładnie brzmi i łatwiej jest sterować kilkoma sędziami niż parlamentem.
Pamiętajmy, jaką rolę przy "legalizacjach" homo-par odgrywały sądy i że w Stanach zrobił to w zasadzie jeden człowiek - sędzia Antoni Kennedy (jakkolwiek na razie chodzi o uznawanie przez rząd federalny korzyści przewidzianych dla małżeństw, to i te kuchenne drzwi doprowadzą z czasem do kredensu). Nie wiem, czy ów sędzia pochodzi z "tych" Kennedych, ale wywodzi się z irlandzkiej katolickiej rodziny, a na dodatek został mianowany na stanowisko przez Reagana (Ronnie pewnie przewraca się w grobie).

Napisałem wyżej "można by powiedzieć", bo przecież żyją jeszcze ludzie, którzy dawno przeczuwali i ostrzegali, że takie prerogatywy władzy sądowniczej mogą się skończyć w podobny sposób; czy nie należałoby więc zastąpić owego "można by powiedzieć" przez krótkie "w rzeczywistości" i stwierdzić, że doszło do tego w rezultacie "długiego marszu przez instytucje"?
Oraz dodać, że marsz był dłuższy niż się wydaje. I że byliśmy ostrzeżeni.

To znaczy, kto chciał, ten był.

Ciekawy cytat z Konecznego na ten temat umieścił na blogu SM p. zapinio: http://www.forum.michalkiewicz.pl/viewtopic.php?f=4&t=26960&start=20#p370170


(Artykuł nadesłany przez Hugona)

niedziela, 22 listopada 2015

Ostatnie wrażenia ze świata i z okolicznego matecznika, wbrew pozorom bardzo ze sobą związane





W sprawie egzekucji paryskich

Europa nie obudzi się od tego. To było za małe uderzenie, żeby coś zmienić” (prof. Wolniewicz).
Naturalnie. Lepiej nie myśleć, co może Europą wstrząsnąć, jeśli w ogóle.

Tymczasem do wyboru mamy dotychczasową Zachodnią Idiokrację, Putina z Chińczykami lub Kalifat, bo przecież Polacy in gremio nie wytworzą odrębnej koncepcji, raczej jesteśmy znani z naśladownictwa.
Problem zresztą akademicki, przecież już wybraliśmy.
Grzegorz Braun, przy całej sympatii dla niego, może objąć w posiadanie kolejną wapienną jaskinię na kolonialnych rubieżach.



W sprawie Rozpuszczalnikowego podgrzewania żaby:


Jedną z przypraw dorzucanych żabie są plany repertuarowe Teatru Polskiego we Wrocławiu. Chodzi mi o spektakl "Śmierć i dziewczyna", według Austriaczki Elfriede Jelinek, w reżyserii Eweliny Marciniak. 

Nie cenię ‘polemiki na linki’, ale tym razem link dorzucę (i to z ‘Wyborczej’, wybaczcie), żeby konkretnie ocenić i docenić intelektualno-artystyczny bełkot pani reżyser: Aktorzy porno i seks w teatrze. Reżyserka: "Protesty? Jeśli będą, to kiedyś się skończą".

To jest rodzaj artystycznej soczewki naszych czasów - jak Schubertowska panna została przeniesiona w czasie, z dziewiętnastowiecznej pieśni "Śmierć i dziewczyna" do spektaklu Eweliny Marciniak o tym samym tytule. Inaczej mówiąc - jak dziewiętnastowieczna treść, piękna i głęboka, przepoczwarzyła się w naszym wieku nawet nie w brzydkie kaczątko, a w estetycznego koprofaga. I stało się to nie w jakimś zamtuzie na przedmieściach metropolii (do czego ladacznice zawsze miały prawo, nawet w koszmarnych czasach dowolnego zamordyzmu), lecz na scenie współczesnego polskiego państwowego ‘teatru’.















Nieważne, czy jakaś urzędnicza decyzja lub publiczne protesty coś tu osiągną – to już przeszło przez wiele etapów ustaleń, decyzji i zatwierdzeń, a najpierw w ogóle komuś przyszło do głowy. Nieistotne jest nawet, czy spektakl się odbędzie i w jakiej formie. Istotne jest myślenie i sposób argumentacji delikwentki, która została wykształcona w państwowej szkole teatralnej, gdzie grono profesorów (?) ze studentami deliberowało o warsztacie i przesłaniach Sztuki. Pamiętam z dawnych lat sugestie Kałużyńskiego, że krytyka powinna zajmować się filmami pornograficznymi, bo to też są filmy. Strumyczek już płynął, nie szukajmy szatanów zbyt daleko.

Rozpuszczalnik:

„Byliśmy i wciąż jesteśmy podgrzewani. Ale teraz, kiedy woda zaczyna być bardzo ciepła, nadszedł ostatni moment, aby zacząć się niepokoić, wrzeszczeć, wyskoczyć z garnka, wyłączyć gaz i zająć się oprawcami. Ostatni moment.”

Wolniewicz (do Kukiza,  w 6 min. 15 sek.)

"Królu żydowski, jak to zrobić!?"



(Artykuł nadesłany przez Hugona)

piątek, 13 listopada 2015

"Bieżące" - przypomnienie całkowicie banalne




Z myślą o nowych czytelnikach, pozwalam sobie przypomnieć, że link "Informacje bieżące pod redakcją Prezesa" (prawe okienko) prowadzi do filii Klubu Kolonialnego, założonej z myślą o różnych wydarzeniach bieżących, z natury rzeczy mniej istotnych, niż publikowane w klubie artykuły jego członków.

Ukazał się właśnie nr 15, zawierający notki o tytułach:

  • Malta - fronty i afronty
  • Parchi
  • Glucksmann - slalom gigant
Zapraszam.

środa, 21 października 2015

GAWĘDY MOHEROWEJ MYCKI (3)



O światełku nadziei dokończenie.


Jeśli oglądalność parady oszustów jest kilkakrotnie wyższa od oglądalności parady wirtuozów fortepianu, to światełko to musi być nikłe. Ale jakieś jest. Są bowiem Węgry i jest kawałek historii Polski. I sprawa jest prosta. Trzeba zawrzeć z Węgrami umowę franchisingu i niech oni rządzą w Polsce. Co prawda, to musiałby chyba być franchising odwrócony, jako że nie przypuszczam, by Węgry chciały nam jeszcze za to płacić. Również umowa dzierżawy raczej nie wchodzi w rachubę , tym bardziej że nawet ostatni ćwok przyzna, że franchising brzmi lepiej. Kulturalniej to wygląda.

Ostatecznie można Węgrom zaproponować umowę śmieciową i to jest wielka i chyba JEDYNA szansa na podźwignięcie gospodarki i wyrwanie Polski z matni zadłużenia.

Lenguel , Magyar ket jo barat! 


 


GAWĘDY MOHEROWEJ MYCKI (2)






O przyjeżdżaniu, komentowaniu i niejakim światełku nadziei dla Polski i Polaków rzecz krótka.

 Zbyt wiele nad tym przyjeżdżaniem to nie ma co się rozwodzić. Podobnie jak z przebaczaniem, którego by nie było, gdyby nie było grzechu, tak i nie byłoby przyjeżdżania bez wyjeżdżania. Pamięć ludzka jest krótka i za rok - znowu to samo. Bo też i miłe złego początki, jak powiedziała wiedźma nawlekana na pal. Człowiek radośnie udaje się w cieplejsze miejsca, mało tego, przepaja go radość, że już za parę kilometrów opuści rejon zdziczałego chamstwa i wszechobecnej głupoty (to o ruchu drogowym) i nawet nie pomyśli, że przykrość, związana z powrotem w ten rejon zdziczałego… itd., jest dużo większa od chwilowej radości, związanej z jego opuszczeniem.

Rzeczywiście, powrót do Polski po parotygodniowej nieobecności to przeżycie w pierwszej chwili bardzo przykre. Następnie znowu (w Warszawie) stają przed oczami obrazy świadczące o szaleństwie inwestora - utracjusza. Te parokilometrowe odcinki ośmiopasmowych szos, prowadzące donikąd, urbanistyczne monstra nasadzone jedno na drugim, wszechobecne, potwornej wielkości prześcieradła pozawieszane na fasadach domów, zamalowane mordami o tym samym półidiotycznym uśmiechu, Krakowskie Przedmieście robiące wrażenie jakiegoś Legolandu (duch ulicy został zniszczony) czy w końcu warszawskie Łazienki z betonowanymi uparcie alejkami. Ponad sto lat żwirowych alejek to było za długo. Powód jest najprawdopodobniej prosty - nie głupota, ale przebiegłość i chciwość. Kto może pojąć, niech pojmuje. A może i duch Krakowskiego kiedyś wróci? Tak jak wrócił duch Placu Zbawiciela po usunięciu tej plastikowo-blaszanej maszkary. A ta obrzezana, prożydowska blaszana niby-palma koło byłej świątyni PZPR? Kiedy toto zniknie? A media?

Palma Judei

Tak jest, powrót do polskiej rzeczywistości to przeżycie ciężkie. I ma rację KAJ, że skasował dostęp do mediów. Uczyniłem to samo, ale przecież czasami coś się zobaczy i usłyszy. Na przykład wczoraj, podczas oglądania transmisji z Konkursu Chopinowskiego, przełączyłem z ciekawości i z własnej woli, na chwilę, na kanał gdzie zdrajcy z tumanami odprawiali swoje nabożeństwo. Wrażenie, jakby z oranżerii pełnej kwiatów weszło się do zarzyganego pijackiego szynku. Uciekać od tego!!!

* * *

Jeśli chodzi natomiast o komentowanie, to tu jestem w kropce. Z bardzo nielicznymi wyjątkami, autorzy tekstów dążą do nawiązania kontaktu z czytelnikiem lub słuchaczem. Chcą mu coś przekazać. Komentarz obnaża nie autora tekstu komentowanego, ale komentatora. Wykazuje bezlitośnie stopień zrozumienia tego, co chciał przekazać autor. Fakt, bywają teksty tak niezrozumiałe, że po prostu nie da się ich skomentować.

Komentarz rysunkowy do komentarzy pisanych


Ale w tekstach moich kolegów klubowych taki przypadek nie występuje. I dlatego jestem w kropce. No bo jak tu komentować, kiedy o każdym tekście najchętniej przegadałoby się z autorem do białego rana. Poza tym, podobnie jak akt miłosny pomiędzy dwoma osobnikami (koniecznie różnej płci) traci swój wszelki walor estetyczny, gdy grubość prącia jest większa od grubości uda, tak samo komentarz nie powinien być naroślą, przytłaczającą tekst komentowany. 

I tutaj zakręciła mi się łezka w oku. Był taki jeden mistrz komentarza, niestrudzony szermierz liberalizmu, który udzielał się na forach Najwyższego Czasu, a potem u S.Michalkiewicza. Facet wyprodukował kilkanaście tysięcy postów z komentarzami zawierającymi od dwu do trzech słów. Najpierw w całości zamieszczał tekst a następnie swój komentarz. Były to różne komentarze, np.: „o cholera!”, „no, no”, „coś podobnego!”, „hohoho” i dalej w tym guście. W ogóle, tak krótki komentarz stwarza wrażenie pełnego zrozumienia tekstu.

Przypomniał mi się teraz, i na tym zakończę - o szansach następnym razem - pewien tekst z grupy przemówień, przypisywanych Władysławowi Gomułce. Miał on mianowicie powiedzieć:
Sam papież, wypowiadając się w sprawie wielkich sukcesów gospodarczych naszego kraju, powiedział, cytuję: „Jezus Maria!!!”. Koniec cytatu”.

wtorek, 22 września 2015

Kto wreszcie oczyści media z bękartów po Gramscim?

Dzięki telewizji satelitarnej mam dostęp do dwóch polskich państwowych mediów telewizyjnych, tj. do TVP POLONIA i TVP INFO. Od kiedy Platforma Obywatelska odwróciła się do POLONII tyłem, a jej rząd przestał płacić za usługi, kierownictwo kanału trzęsie się z zimna pod starym kocem z "bożej podszewki" i rozpaczliwie szuka, co jeszcze dałoby się wyciągnąć z zamrażarki i odgrzać. W rezultacie, na POLONII oglądam wyłącznie dziennik z TVP 1, przesunięty wobec oryginału o pół godziny (z rozweselającym efektem w postaci zapowiedzi debaty na POLONII po jej zakończeniu na INFO).

Jeśli nadałem tytułowi formę pytania "Kto oczyści media państwowe z bękartów po Gramscim?", to dlatego, że jak dotąd żaden reklamujący się prawicowością rząd nie uwolnił mediów od  levicowej agentury i jej kundli.


  
Z samą agenturą, wysługującą się różnym instancjom międzynarodowej finansjery, "rządowi światowemu", a lokalnie - mniejszości etnicznej plującej na wieprzowinę, sprawa jest względnie prosta i można byłoby załatwić przy pomocy uczciwie wyjaśnionego, celnego kopa w dolny koniec kręgosłupa.
Sytuacja jest mniej jasna w przypadku całej armii telewizyjnych bezkręgowców, funkcjonujących z głową zadartą do góry. Jedni z nich dobrze wiedzą, kto trzyma kość ze szpikiem, a drudzy nie śpią ze strachu, że na ich politycznej poprawności są jeszcze jakieś skazy.

Karierowiczów nie brak w żadnej telewizji światowej, ale poza służalczoścą jest jeszcze kwestia stylu. W tym momencie muszę złożyć oświadczenie: Jeżeli Czytelnik nigdy nie musiał wycierać ekranu po spontanicznej reakcji na ciężką masową feminizację wszystkiego co da się widzieć i słyszeć, niech wyśle swoją kandydaturę na wysokie stanowisko w Brukseli i przestanie mnie czytać.

A ja wracam do świata paniuś - prezenterek dzienników, prokuratorek przesłuchujących durnia, który dał się namówić na krzesełko i wreszcie przepytywaczek wędrownych, którym przed kamerę nieuchronnie napatoczy się coś w rodzaju Palikota, Millera czy Nowackiej.



W tym kontekście, prezenterka TVP 1 - to propagandowe osiągnięcie w skali światowej. Ona nie prowadzi dyskusji i nie informuje; ona przesłuchuje, "sprawdza", poucza i - jak w przypadku ostatniego nabytku w postaci Diany Rudnik - potępiająco marszczy brwi i wygraża widzowi prawą ręką, podczas gdy trzymany przez nią długopis ma wyraźnie ochotę uszkodzić biurko.
Jest coś jeszcze - wymowa. Od lat zadaję sobie pytanie, co zmieniło się w gardłach Polek. Medialne i szołbiznesowe damy nie tylko zaczęły artykułować nosowo napuchłe dźwięki, ale również uparły się mieć kłopoty z samogłoskami, choćby z "y", wypieranym przez bynajmniej nie polskie "e".
Czy to gęganie stanowi jakiś polityczny znak rozpoznawczy, jest wyrazem niechlujstwa, skutkiem ubocznym chemii antykoncepcyjnej... - nie mam pojęcia.

* * *

Jednym z największych szkodników intelektualnych czasów nowożytnych był Antonio Gramsci. Ten włoski komunista (martwy od 1937 r.) wcześnie wyczuł, że zwycięstwo rewolucji łatwiej da się osiągnąć w drodze walki kulturalnej niż zbrojnej. Wystarczy według niego zredefiniować wartości i pojęcia kultury "burżuazyjnej", a potem dodatkowo pomieszać wyniki z proponowanym przez Marcuse'ego sparszywieniem obyczajowości seksualnej, żeby stworzyć nowego człowieka, wolnego od złudzeń patriotycznych, rodzinnych, chrześcijańskich i wszelkich innych, związanych z tradycyjnym porządkiem społecznym i ekonomicznym
 
Nosiciele wyprodukowanej przez Gramsci'ego zarazy są liczni także dlatego, że nie muszą rzucać bomb, sypiać po lasach i chować się w lokalach konspiracyjnych, ale przeciwnie - w razie dekonspiracji, mogą liczyć na nagrody i odznaczenia ze strony międzynarodowych fundacji, wysoko płatne wykłady na amerykańskich uniwersytetach i doktoraty honoris causa.
Ilekroć w jakimkolwiek kraju system polityczny liberalizuje się i traci immunologiczną odporność na "siły postępu", natychmiast dochodzi do dyskretnej organizacji struktur neolewicowych. Metastazy tego zrakowacenia są liczne, a w ich wyniku pojawia się istotny elektoralnie wyznawca Nowej Lewicy, zapatrzony w ideał ponadnarodowego społeczeństwa (w którym zaniknie nawet pojęcie płci, jako ostatniej różnicy między ludźmi).  
Stosowny model został już dawno temu przedstawiony przez Coudenhove-Kalergi'ego: 
"Człowiek w dalszej przyszłości będzie mieszańcem. (...) Ta euroazjatycko-negroidalna rasa przyszłości, podobna zewnętrznie do egipskiej, zastąpi różnorodność ludów różnorodnością osobowości. (…) Tylko żydowscy przywódcy socjalizmu są dzisiaj w stanie zniszczyć grzech pierworodny kapitalizmu, wyzwolić ludzkość od niesprawiedliwości, gwałtu i zależności, a świat pozbawiony grzechu przemienić w raj ziemski.".
Jasne?
Kto chce, może sprawdzić w unijnej spluwaczce zgodność delirium tego ojca UE z coraz bardziej jasną "europejską" linią polityczną.

Czy uwierzę w uczciwe intencje jakiejkolwiek formacji politycznej, powołującej się na patriotyzm, jeśli nie uzyskam pozytywnej odpowiedzi na następujące testowe pytanie: 
CZY NOWA FORMACJA POLITYCZNA UWOLNI RZĄDOWE MEDIA OD NOSICIELI CZERWONEJ, RÓŻOWEJ I TĘCZOWEJ ZARAZY?
Czy ja uwierzę? 
Naturalnie, NIE!
A Czytelnik?

niedziela, 13 września 2015

Mohery z mojej gminy



Dwadzieścia lat temu moja gmina, mimo że przylega do granic Warszawy była skandalicznie biedna. Złożyły się na to błędy socjalizmu, który jak to socjalizm, prowadził planową gospodarkę. Przewidział mianowicie, w tym miejscu amerykańskie uderzenie jądrowe w odwecie za zajęcie Kopenhagi i Cieśnin Duńskich, wobec czego wszelkie inwestycje trafiały kilka kilometrów dalej. Do niczego takiego ostatecznie nie doszło i gmina w całości ocalała, chociaż gdyby było inaczej i bomby spadły, wyglądałaby podobnie. Jeszcze kilka lat temu tutejszy krajobraz składał się z chat, nierzadko krytych strzechą, na wydmowatych wzniesieniach złociło się marne żyto, a w urodzajniejszych zagłębieniach zieleniała kapusta. Życiodajna kapusta, co by tu było, gdyby nie ona! Dzieci ze świata pisywały na kopertach: nazwisko, kod pocztowy, ulicę prawidłowo, a państwo adresata Kapustan. Listy zaś, jak gdyby nigdy nic, dochodziły.

Ale ja nie o tym, ja o moherach. Rolnicy, na swoich błotnych i piaszczystych zagonach toczyli żmudne życie, ledwo wiążąc koniec z końcem, a ich dzieci: inżynierowie, lekarze, urzędnicy, bo tak o nich na lewo i prawo opowiadali, zamieszkiwały w pobliskim mieście, nie przyznając się w nowym towarzystwie, skąd pochodzą, bo z Kapustanu wstyd.

Choć cały świat się zmieniał ze zdyszanym pośpiechem, to oni co dzień, bladym świtem, krowę w ogon i na pobliską łąkę. A tu lawina zdarzeń, okrągły stół, wybory, znowu wybory,Wałęsa odpada, aż któregoś dnia Polska przystępuje do NATO. Pierwsi zwietrzyli pieniądze deweloperzy i posiadacze kilku hektarów urośli ponad horyzont.

Nagle rodziny odzyskały spójność, młodzi zaczęli zaglądać do starych, a to w trosce o zdrowie, a to na urodziny, a nawet żeby ulżyć w pracy. Zatroszczyli się i dalsi krewni, frykasy na święta, pocztówki z życzeniami. A oni jak zwykle kolczykowaną już teraz w ogon i rankiem na pobliską łąkę.

Kiedy rozpoznali swoją sytuację, zaczęli się zrzucać się na kościół, plebanię i nie bacząc na sarkanie krewnych, z Włoch sprowadzili organy. I jak co dzień krowę w ogon...

W wyborach prezydenckich po trzech pilnowało każdej komisji. A nazajutrz krowę...

Garnitury i gumofilce...

i białoczerwona
i pielgrzymka
i różaniec.

Teraz zwąchały się miejscowe mohery z moherami napływowymi i od tej pory w mojej gminie zawsze wygrywa PiS i tak pozostanie, bo mohery w rodzinach nie cierpią odszczepieńców.

https://www.youtube.com/watch?v=e4dT8FJ2GE0

a link dodaję taki, bo tak mi się podoba.


piątek, 11 września 2015

Wrażenia z przelotu samolotem




Dziecięcy nos przy szybie pociągu zostaje z nami na całe życie, nawet jeśli już nie siedzimy przy oknie, a dąb uciekający w lasu głąb zmienił się w mozaikę chmur, daleko pod nami. Taka wysokość zachęca do weryfikacji poglądów. Tego lata skorzystałem z okazji w wersji atlantyckiej, Kanada - Polska i z powrotem, i nie mogę powiedzieć, że nic się nie wydarzyło.




Na początek, ottawski komputer lotniskowy ʺlosowoʺ wybral mnie na obmacywanie. Nie bardzo wierzę ani w ten komputer, ani w ten los, ale też wybór mam jak w ruskiej (?) stołówce: mogę lecieć albo nie lecieć. Szukali, czy czasem czegoś nie ukryłem; wszak moja osobista historia (jak gdyby, kto trzeba, jej nie znał!) i wygląd wskazują na możliwość szmuglu lub/i zaawansowany terroryzm. ʺWy mi zaglądacie do kufrów i waliz, a ja w d... wywożę socjalizmʺ (Załucki, jak się mówiło ówcześnie na mieście). Po której stronie przelotu to onegdaj było? 

Na miejscu lato stulecia (a co najmniej lipiec). Aura beztroskiej kanikuły, na oko wszystko działa jak należy, nawet sprawniej w porównaniu z poprzednią wizytą. Budują i budują, malują i malują. Flagi polskie i unijne. Unijne i polskie. Stale jesteśmy za słabi na flagi polskie. Dał nam Pan odrębność, ale małą. 

Na mieście jak zwykle błyskotki - kraj zdaje się być chamowaty i kiczowaty. Zaimportowaliśmy z Zachodu dużo jego nienajlepszych cech, pozbawiając się entuzjastycznie wszystkiego, co polska tradycja a i ruski socjalizm (a tak, np. mecenat w kulturze) wytworzył dobrego. Po trzystu latach udało się nam z tego wypsnąć, a za nami wypsnął się i bolszewizm. Ładna historia. Pan ukarał nas spełnieniem naszych pragnień. 

Ekrany dźwiękowe przy drogach: potworność przecząca wszelkim zasadom projektowania architektury krajobrazu. Żółto-niebieskie wiadukty. Infantylne, byle jak poprzyczepiane blachy szyldów sklepowych, chyba że w ramach jakiegoś XXX-POLAND. Estetyka nie istnieje w obszarze publicznym od wieku, zmieniają się tylko formy brzydoty. Tylko stare ma urok, świat parszywieje, bo brzydnie i jest to proces naturalny. A może to tylko czas nie zdążył jeszcze upiększyć ludzkich wytworów? 

Mnóstwo ludzi niechlujnie fotografuje wszystko dookoła – miałoby to jakiś ponadczasowy sens? 

Przewaga formy, jak to na Zachodzie. A jednak w Polsce im głębiej, tym lepiej. Wolnym duchowo można być naturalnie w każdej sytuacji, ale jak nie dać się wpleść w pajęczynę prawną, pozostać wolnym fizycznie w otoczeniu, gdzie rzeczywiście każdy, kto płaci podatek, a nawet cokolwiek robi, jest winny? Wprowadzić prawo do ‘opt-out’ (nieuczestniczenia, rezygnacji z zobowiązań i korzyści), do jakby zmodernizowanego liberum veto w wersji osobistej? To pewnie utopia, więc lepiej obmyślić sobie jakąś własną skuteczną metodę, niezależnie od ustanowionych praw. Bo prawdziwa batalia, to ta o własną świadomość i tu każdy ma wciąż duże pole manewru. Wszystko poza tym, to statystyka i technologia. 

W internecie ciekawy pojedynek Brauna z Weissem – dobra ilustracja do ʺtylko prawda jest ciekawaʺ. Całkiem sympatyczne żydłaczenie Szewacha Weissa, zwłaszcza na tle dobitnej i ostro artykułowanej polszczyzny Grzegorza Brauna. Na tle polszczyzny prowadzących - już mniej. Grzegorz Braun jest obecnie najciekawszą postacią w polskiej polityce; śledzę jego wystąpienia z zainteresowaniem, choć nadal daję mu, po nocnych, na miejscu, Polaków rozmowach, 1-2 % głosów. Na szczęście, nie wyniki wyborcze stanowią o jego możliwościach. Głosuje plus minus połowa populacji i ten odsetek się zmniejsza. To dobry znak.



Przelot powrotny we wrażenia uboższy. Pewnie dlatego, że, wracając, ma się już inne oczekiwania. Komputery lotniskowe, te elektroniczne i te biologiczne, też jakby mniej zainteresowane.

Dzielę się tymi okruchami, podjadając miód ze spadzi iglastej, przywieziony prosto z pasieki.





(Artykuł nadesłany przez Hugona)

środa, 2 września 2015

"Bieżące" - informacja natury porządkowej




Aby nie przykrywać ważkich wystąpień członków Klubu aktualnościami, które z natury rzeczy napływają chaotycznie i bywają równie błahe, jak natarczywe, zdecydowałem się przenieść rubrykę "Bieżące" do nowego specjalnie utworzonego blogu, mającego stanowić dyskretną filię Klubu, wyposażoną w link powrotny. 

Adres nosi tytuł "Informacje ze świata pod red. Prezesa" i jest widoczny w kadrze Blogi Rozpuszczalnika.
Właśnie ukazały się Bieżące (7).