O blogu

Klub Kolonialny Papugi Orinoko - w tej nazwie wszystko jest prawdziwe:

- Klub jest wirtualnym klubem wymiany rzeczywistych poglądów,
- K
olonialny stanowi egzotyczne decorum, które powinno Czytelnika zaciekawić, sprowadzić i, why not, uwieść,
- Papuga Orinoko istnieje naprawdę i można ją spotkać na blogu "Z frontu walki z reakcją i Redakcją",

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Info z Zapiecka (7)




Szanowny Prezesie,

Im bardziej na Zachód tym dziwaczniej. Mniej chodzi o to, że mało kto tam mówi po ludzku, a bardziej o rozmnażanie. Na przykład w mojej gminie odbywa się to tradycyjnie. Po ślubie kościelnym (!) mąż i żona, płci przeciwnej, oddają się praktykom sklasyfikowanym przez fizjologię jako rozmnażanie. Owocem tych praktyk jest dziecko, wyróżnione w tabelach statystycznych w pozycji "przyrost naturalny".

Piszę o tym, bowiem szczególnie poruszyła mnie sprawa pani Alice Weidel, którą opisałeś w "Bieżących", z właściwym Tobie wdziękiem. Doszukałem się w internecie, że dama owa posiada żonę i dwoje dzieci. Zamurowało mnie. Jakże to tak? Już mniejsza o to, że na nowym stanowisku reprezentuje konserwatystów, ale ciekawi mnie, czy statystyki niemieckie odnotowały ten przyrost jako naturalny?

Nie musisz mi Prezesie wypominać, że piszę o sprawach drażliwych. Takie sprawy u nas rozgrywają się w zaciszu alkowy i mimo że żaden laborant z urzędu nie ma do nich dostępu, to przyrost naturalny w gminie R. okazał się ostatnio dodatni. Jego Wysokość Przyrost ucieszył wszystkich radnych, a Wójta najbardziej. Każdy polityk sobie przypisuje tę zasługę i zastanawia się, jak informację o tym przedstawić publicznie. A musisz wiedzieć, że jest to stąpanie po polu minowym. 
 
Niełatwe jest życie polityka. Tym bardziej, że w spokojnym dotąd miasteczku R. niespodziewanie ujawnił się konflikt. Nie żeby to było miejsce bezkonfliktowe. Skądże. Spór zawsze można wykrzesać ze wszystkiego. Mieszkańcy R. też o tym wiedzą i z wiedzy tej korzystają z umiarem. Na przykład z różnicy zdań dotyczących kolejności przebudowy ulic ("dlaczego, ta ulica, która mogłaby poczekać, a nie moja, która już dłużej czekać nie może") lub wykaszania traw ("dlaczego porządki rozpoczęto ze złej strony gminy, a nie z tej, przy której mieszkam"). Na takie pytania cierpliwie dotąd odpowiadali radni, godząc ogień z wodą po obu stronach sporu. A nie jest to zadanie łatwe, ponieważ musisz wiedzieć, obywatele z R. są bardzo przywiązani do swoich opinii.



Wielkie zamieszanie w miasteczku R.

Dzięki prawie trzydziestoletniej demokracji mieszkańcy R. doskonale wiedzą, że władzę można sprawować w dwojakim celu: dla budowy lepszego świata, albo dla korzyści wynikających z jej sprawowania. Romantycy i materialiści. Nic się w tym podziale od wieków nie zmienia. Wójt, który wybory wygrał w pierwszej turze, korzystając ze sprzyjających politycznych wiatrów, uzyskał dla gminy wielkie dofinansowania. Wzorem ostatniego Piasta postanowił zostawić po sobie gminę murowaną. Budowy ruszyły.

Tymczasem praktyczna opozycja doszła do wniosku, że jeśli w porę nie odwoła władz, to nigdy do władzy nie dojdzie, ponieważ każdy nowy obiekt będzie ogromnym transparentem chwalącym Wójta. Zostaną wydane wielkie pieniądze, a korzyść z nich będzie publiczna, czyli ... żadna. W rezultacie opozycja stworzyła koalicję niezadowolonych, kropka w kropkę totalną opozycję sejmową.

Tak jak możnowładcy za czasów króla Kazimierza sięgali po wsparcie za granicę, tak ad hoc zebrana opozycja sięgnęła po swoich posłów spoza granic gminy. Posłowie ci, korzystając ze swoich uprawnień do wystąpień publicznych, przedłużali sesje rady w nieskończoność. Podobnie jak wielki król, który - zgodnie z przekazem historycznym - miał do tego cierpliwość, samorządowcy w ciszy wysłuchiwali bredni wybrańców narodu, po czym powracali do swoich tematów. Po każdym swoim wystąpieniu dostojni goście natychmiast udzielali informacji własnym stacjom radiowym i telewizyjnym, opowiadając szczegółowo o dzikim zamieszaniu politycznym w gminie R.

Z początku Wójt i rada myśleli podobnie jak Justyna, bohaterka skandalizującej powieści z czasów francuskiej rewolucji, że cnota obroni się sama i wystarczy tylko przedstawić swoje zasługi, a oszczercy odejdą zawstydzeni. Nic bardziej błędnego. Zupełnie jak w przywołanej powieści, im uprzejmiej ich traktowano, tym bardziej następowali, a uroszczenia rosły. Wydawało się też Wójtowi i radzie, że rezultat tych wystąpień będzie żaden. Jednak po jakimś czasie, gdy kolejne ministerstwo wstrzymywało decyzję o dotacji na kolejny cel, okazywało się, że obecność posłów na sesjach i w mediach pomyślana została dokładnie po to.
 




Opozycja wprawdzie ad hoc zebrana, ale nie byle jaka. Tyle było w poprzednich korespondencjach o Wójcie, więc teraz słowo o opozycji. Rdzeń jej stanowi zespół dwóch działaczy o obfitych posturach i tubalnych głosach, którzy ostrogi zdobywali jeszcze w zamierzchłych czasach III RP, wywożąc z kościoła na taczce proboszcza i odbierając za ten czyn pochwały Wyborczej. Sprawa jest równie kłopotliwa dla mieszkańców R., jak dla obecnego Proboszcza, dlatego wspominam o niej mimochodem.

Naturalnie, obaj panowie otoczyli się paniami. Rzecz jasna, uchylę się od ich charakterystyki, bo muzom wieku i karnacji się nie wytyka. Powiem krótko, pasują do siebie jak nos i tabakiera. Dzięki tej zgodności zdobyli dość głosów, by ustanowić referendum w sprawie usunięcia Wójta i rady. Mieszkańcy R., zgodnie ze swoją naturą, dyskretnie spekulują teraz na temat powiązań, spisków i nocnych schadzek, co wioskowej opozycji nadaje wymiar romantyczny.

Napięcie w miarę zbliżania się terminu referendum rośnie. Inne spory ucichły. W powietrzu iskrzy. Mieszkańcy zastanawiają się, kiedy wreszcie Wójt pokaże kły i pazury... a on w dzień referendum zaprasza wszystkich na grilla.

-------------------------

Gorąco pozdrawiam Papugę Orinoko i Ciebie Prezesie.
KAJ


(Tekst nadesłany przez KAJ'a, członka korespondenta Klubu.)




Post scritpum moderatorki:

(z sieci)
Red. Wkurzak uparł się, abym dorzuciła od siebie powyższy rysunek (redaktor postawił na nim palec i nie zdjął go z mojego ekranu, aż się zgodziłam).
Może i dobrze...
Bo też poza tradycyjnymi podziałami, dającymi się symbolicznie określić jako "lewica-prawica", coraz częściej pojawia się na każdym, a więc i gminnym szczeblu, trzecia siła polityczna, której logo widnieje na strzałce skierowanej w dół.
Papuga Orinoko


poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Info z Zapiecka (6)



Szanowny Prezesie,

Przeczytałem ostatnie "Bieżące" i ze zmieszanymi uczuciami usiadłem do pisania ("zmieszanymi" - to nie błąd; byłem raczej zmieszany niż wstrząśnięty). 
Jak można, sam Prezesie powiedz, w sytuacji niżu demograficznego publikować zdjęcie damy, odstręczające młodzież męską od prokreacji. 

500+, dłuższe urlopy macierzyńskie, wielki wysiłek gmin budujących przedszkola, wszystko wniwecz, bo komuś się zachciało wyzłośliwić pod adresem Trumpa. Niechcący, jak sądzę, przyczyniasz się do depopulacji, która jest zmorą dla naszej pięknej ojczyzny.

Udajmy jednak, że tego zdjęcia nie ma - za to zwróć uwagę, mój drogi Prezesie, jak niezwykle plączą się losy tego świata z życiem w miasteczku R. Przewielebny Prałat, proboszcz największej parafii, osobistość władcza, okrągła i porywcza, zawarł dopiero co unię przeciw władzy świeckiej z Wielebnym proboszczem parafii sąsiedniej z tego samego dekanatu, człowiekiem uczonym, o delikatnym wejrzeniu, pięknym głosie i talencie do śpiewu. Mieszkańcy kręcą głowami, bo już czują, że wyniknie z tego tylko zamieszanie, a święta za pasem.

Sam widzisz, jak to jest - tam wojna i tu wojna. W Syrii Trump bombarduje Putina w starciu szlachetnych zasad z brutalną siłą o globalny prymat, a u nas Proboszcz następuje na Wójta z tych samych względów. I nie jest to zwykły spór o inwestyturę, jak ten, który tysiąc lat temu rozgrzewał Europę. Bo choć przeszłym i obecnym antagonistom przyświecają podobne cele, jego dzisiejsza istota jest znacznie bardziej skomplikowana. Tak bardzo, że zanim Wójt zorientował się w sytuacji, już był w defensywie.





Wojna o inwestyturę w miasteczku R.


Na wstępie pragnę zaznaczyć, że wojna w miasteczku R. wybuchła nie z powodu krwiożerczości uczestników. Przeciwnie, mieszkańcy R. to ludzie spokojni tak dalece, że reagują gniewem tylko wtedy, gdy ktoś naruszy ich spokój. A to niełatwe zadanie, ponieważ granicząc z wielkim miastem widzieli już niejedno i zdążyli się uodpornić na największe dziwactwa. Tym razem jednak, jak zwykle, zło przyszło z zewnątrz, chytrze ukryte w ustawie o reformie oświaty i podparte projektem ustawy o metropolii.

Po uchwaleniu przez radę gminy właściwych praw likwidujących gimnazjum poprzez wcielenie go do istniejącej szkoły podstawowej, Wójt w zupełnie innej sprawie zadzwonił do Proboszcza. Rozmowa trwała krótko. Jego Przewielebność oświadczyła, że nie czuje się na siłach, żeby uczestniczyć w tradycyjnym przedświątecznym spotkaniu, zwanym gdzie indziej śledzik, a w miejscowości R. jajeczko, i z tego powodu składać życzeń Wójtowi nie będzie. Trudno teraz jednoznacznie orzec, czy Wójt domyślił się w czym zawinił, czy nie; pewnym jest natomiast, że poczuł się nieswojo.





Zaraz potem grupa mieszkańców stale niezadowolonych zaczęła zbierać podpisy w sprawie odwołania Wójta i gminnej rady, pod wymyślonym pretekstem, jakoby oba te organy chciały włączyć gminę i miasteczko R. do pobliskiego wielkiego miasta. Łączę te dwa wydarzenia, ponieważ, jak donieśli ludzie zorientowani, trzyosobowy trzon opozycji zasiadać zaczął w pierwszych ławach kościoła parafialnego i wraz z trójcą nowo nawróconych oponentów odbywać rekolekcje u proboszcza. Teraz, gdy tajne stało się jawne i gdy wszyscy zastanawiali się nad odpowiedzią Wójta, nastąpił fakt trzeci.

W ostatni piątek poprzedzający Wielki Tydzień, jak co roku, wierni miasteczka R. przeciągają tłumnie uliczkami w Drodze Krzyżowej. Trasę i kolejne zmiany do niesienia Krzyża pomiędzy stacjami wyznacza Proboszcz. Tym razem droga przeznaczona dla gminnej rady i Wójta była dwakroć dłuższa niż dla innych, a stacja wypadła naprzeciwko zlikwidowanego właśnie gimnazjum. Najbardziej niezorientowanym obywatelom gminy jakby ktoś przetarł oczy. Zmroziło wszystkich, ponieważ zdali sobie sprawę, że oto Wójt i rada przekroczyli granicę pomiędzy sacrum i profanum.

Wiem doskonale, że moja opowieść jest długa i nie każdy, jeśli nie gustuje w polityce, ją przeczyta. Jednak doprowadzę sprawę do końca. 

Otóż szkoła podstawowa, do której włączono gimnazjum ma za patrona Cypriana Godebskiego, natomiast gimnazjum polecone było opiece bł. Stefana Prymasa Wyszyńskiego. Władze gminy, dokonując fuzji szkół, nie zadbały o uszanowanie patronatu bł. Prymasa i nic z tego, że powstaje szkoła dwojga imion. Jest jeszcze gorzej: jak można równać jednego z drugim?

Mieszkańcy R. zastanawiają się teraz, jaką amunicją rozporządza Wójt. A on się tylko uśmiecha.




Tekst nadesłany przez KAJ'a, członka korespondenta.
_________________________________________________

Uwaga: "zmieszane" uczucia Autora są zapewne związane z wizerunkiem Izraelitki, znalezionym w sieci przez prezesa klubu, Rozpuszczalnika, a zamieszczonym w 50-tym numerze "Bieżących", w notatce pod z lekka prowokacyjnym tytułem "Gołąb pokoju obsrał tomahawkami Syrię i... ONZ".


Moderatorka Orinoko

poniedziałek, 6 marca 2017

Info z Zapiecka (5)



Szanowny Prezesie,

Przykro mi, że u was, na Zachodzie tak źle się dzieje, jak piszesz. Pocieszę Cię, że u nas też nie brakuje zboczeńców, nadreprezentowanych wśród znanych aktorów i polityków. W sytuacji, gdy po wyborach wszystko w kraju zmierza do normalności, ich defekty są znacznie bardziej widoczne niż kiedyś. Nie jest ich więcej niż było - na ciemnym tle ciemne sprawki były spowite mrokiem.

Mógłbym dużo pisać o rozmaitych aferach, ukradzionych miliardach i skrzywdzonych ludziach. Licytować się z Tobą, gdzie jest gorzej. Gdzież mi jednak do takich światowych spraw! Dlatego wybieram przeciwną opcję - na przykładzie miasteczka R. pokazuję ludzi zwyczajnych swoją przyzwoitością, pracowitością i mądrością. To miasteczko, to nic więcej jak maleńkie miejsce na mapie, gdzie dobro jest identyfikowane z imienia i nazwiska.



Polityka w miasteczku R.

Nie zawsze tak było jak dzisiaj. Przed sześciu laty odbyły się trudne wybory. Naprzeciw siebie stanęli wójt poprzedni i obecny. Mówiąc w skrócie: poprzedni obiecywał, że przychyli nieba wyborcom, a obecny głównie to, że będzie uczciwie. Mimo że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na pierwszego, zwyciężył drugi. Do dziś wyborcy gminy R. spierają się ze sobą przyjacielsko, co wtedy wzięło w nich górę: mądrość czy instynkt samozachowawczy.

Kolejne wybory Wójt wygrał w cuglach, ponieważ za takie same pieniądze, jakie wydał jego poprzednik, wybudował dwa razy więcej i pozyskał fundusze z Unii, nie zadłużając gminy ponad miarę. Odtąd mieszkańcy R. spokojnie patrzyli w przyszłość, aż tu Naczelnik Kaczyński zdecydował ograniczyć ilość kadencji do dwóch. Teraz mniej patrzą w przyszłość, a bardziej po sobie. Widać to zwłaszcza po radnych. Trudno rozgryźć ich spojrzenie. Wzrok mają trochę zamglony, nieobecny, oderwany od rzeczywistości…

Zwykli mieszkańcy R. podchodzą jednak do przyszłości znacznie pogodniej.
Po pierwsze dlatego, że zima była całkiem znośna. Temperatury nie zwalały z nóg, utrzymując się w rozsądnej niskości. Śniegu było po kostki, ślizgawica nie trwała dłużej niż kilka dni, a ostatnio na dobitkę, słupki rtęci w zaokiennych termometrach wystrzeliły w górę, wieszcząc niższe rachunki za ogrzewanie. W rezultacie tych parametrów klimatycznych, w miasteczku R. nastrój notuje się w strefach średnich lub wysokich.




Po drugie gospodarka aż buzuje. Na twarze sklepikarzy powrócił uśmiech. Trudno już teraz powiedzieć, czy zmiana nastroju związana jest z 500+ czy z wiosenną pogodą. W każdym razie prognostyki są dobre. Mieszkańcy R. zawdzięczają je projektom i wyborom. Projektów jest tyle, że jeśli choćby ich mała część się ziści, gospodarczo wyprzedzą Dubaj. Natomiast, spokojną pewność sukcesu gwarantuje pewien wybór. Otóż niedawno episkopat powołał naszego Zbawiciela na Króla Polski. Każdy przyzna, że po ośmiu latach rządów liberałów nie można było wybrać lepiej.

Gminna opozycja załamuje ręce. Ona, sól demokracji nie ma się, do czego przyczepić. Opozycyjne autorytety spuściły z tonu, gdyż ich intelektualne prowokacje zamiast oczekiwanego aplauzu wywołują powszechną niechęć. Jako przyczynę tego stanu rzeczy nieomylnie podają zdziczenie politycznych obyczajów. Tymczasem nieomylność, jak wiadomo, jest lżejsza od powietrza, a więc, zgodnie z prawem Archimedesa, autorytety bujają w coraz wyższych partiach obłoków.

* * *

Wiem, że w tej korespondencji zawarłem zbyt dużo zdań ogólnych, tchnących wiosennym optymizmem, ale gdybym przedstawił Twoje, Prezesie, francuskie kłopoty mieszczaninowi z R., ten wzruszyłby ramionami i z domieszką pewnej wyższości w głosie, orzekł: „Francuzom brakuje naszego Wójta”.

Pozdrawiam oboje: Papugę i Ciebie,
KAJ



Test nadesłany przez KAJ'a, członka korespondenta.
Moderatorka Orinoko

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Info z Zapiecka (4)


 

Szanowny Prezesie,

Zauważyłem, że w dwudziestym pierwszym wieku czas przyspieszył i bystro płynie jak nigdy. Nie wiem jak z nim jest u Ciebie, ale u mnie leci jak wściekły. Najpierw w jednej chwili minął miesiąc od czasu mojej poprzedniej korespondencji, a teraz patrzę: już tydzień od Twoich zgryźliwych uwag na temat Papieża Franciszka i Jego wizyty w Królestwie Szwecji. Nie chcę wytykać, że umknęło Ci chyba, kto tam był zaproszony, a kto zapraszał.

Nawet u mnie w gminie, jeśli się przyjmuje gościa, to honor nakazuje zrobić to jak najbardziej okazale. Dom posprzątać, odświeżyć, pozamiatać ścieżki, do komitetu powitalnego przyjąć osoby godne, przyzwoicie odziane, trzeźwe, umiejące się wysłowić gładko i na temat. Przygotować toasty i kwiaty. Gdybym opowiedział komukolwiek z miasteczka R, jaki despekt spotkał Ojca Świętego wśród Szwedów, nikt by nie uwierzył. Z zamierzchłych opowiadań rodzinnych i widomych śladów w naszym kościele wszyscy wiedzą, że to lud chciwy i prymitywny. Ale żeby upaść aż tak nisko?

Dlatego Tobie do wiadomości, a Szwedom ku nauce napiszę parę słów o przyjmowaniu ważnych gości na uroczystościach w mojej gminie.





Uroczystości w miasteczku R.


Każdy mieszkaniec gminy R. doskonale sobie zdaje sprawę, że gości zaprasza się z jakiejś okazji. Oczywiście, nie obca jest ta wiedza dygnitarzom: wójtowi i jego zastępcy, przewodniczącemu gminnej rady, proboszczowi oraz osobom piastującym ważne funkcje - dyrektorom szkół, instytucji kulturalnych i spółek gminnych. Hierarchia jest najważniejsza. Na górze Wójt i ks. Proboszcz, w tej kolejności lub odwrotnej; poniżej - przewodniczący rady, a rozmaici dyrektorzy na samym dole. Dla wszystkich to rozróżnienie jest jasne. Od urodzenia mieszczanin z R. wie, który kogut górniej pieje i z jakiego klucza.

Tak więc, jeśli zwykły zjadacz chleba ogranicza się do obchodzenia uroczystości prywatnych, to dygnitarze mają już większe zobowiązania. Wójt uczestniczy w uroczystościach państwowych i gminnych; oczywiście nie sam, bo wraz z nim wszyscy, którzy cokolwiek znaczą. Rzecz jasna, nie ma żadnej listy obecności, tym bardziej, że każdy stara się pokazać w doborowym towarzystwie. Jednak, jeśli już ktoś naprawdę nie może przybyć, wystarczy, że poda ważny powód, który od razu jest przyjmowany za dobrą monetę.

W gminie, ktokolwiek by nie zapraszał, to i tak gospodarzem jest Wójt. Czyni to w sposób naturalny, na przykład przepuszcza wszystkich przodem, aż grupka, w której przybył, nie przekroczy progu. Niepotrzebny jest regulamin - Wójt stoi i trzyma drzwi, w które jako pierwszy wchodzi ks. Proboszcz, potem starsze panie, następnie podlotki płci pięknej, a dopiero po nich pozostali dygnitarze. Taka konfiguracja wydaje się mieszkańcom R. oczywista. Odzwierciedla ona odwieczną harmonię bytów i siły działające w naturze: oto Wójt zasiada pośrodku, w pierwszym rzędzie, tuż obok Proboszcza, i jest otoczony radnymi, dyrektorami i działaczami różnych szczebli, unaoczniając w ten sposób biblijną prawdę, że ostatni stają się pierwszymi.



 






Poproszony pięknie, Wójt idzie na scenę i przemawia. Najpierw pada kilka składnych zdań o okolicznościach święta, a potem śliczności o organizatorach i gościnnym środowisku złotego wieku. Wszystko z głowy i z serca. Dlatego, nawet jeśli Wójt dzień dziadka pomyli z dniem kobiet, nikt mu tego nie wytyka, bo raz, że zapracowany, a dwa, co się ceni, że kobiety mu widać bliższe.

Zwykle po Wójcie zabiera głos ks. Proboszcz, zapraszając do modlitwy i błogosławiąc zgromadzonych, choć wielu wśród nich schizmatyków i ateuszy. Wielką z tego satysfakcję czerpią panie emerytki, dla których dochodzi do połączenia przyjemnego z pożytecznym, kiedy odstępcy, ze złożonymi rękami na podołkach i międlący wargami w rytm egzorcyzmu, kornie pochylają głowy, przyjmując Ducha Świętego.


* * *

Widzowi z boku wydawać by się wtedy mogło, że są to dwa teatry, jeden na scenie, drugi na widowni. Nic bardziej złudnego. Dzieje się jeden, zamknięty w zaklętym kręgu, w którym każdy jest widzem i aktorem, odbiorcą i twórcą. Tak długo, jak grzeczność jednych wobec drugich tego wymaga.




PS. Sam powiedz Prezesie: co kosztowało Szwedów, aby zachować się przyzwoicie?

Pozdrawiam Szanowną Papugę i Ciebie w równym stopniu.
KAJ




Test nadesłany przez KAJ'a, członka korespondenta. 
Uwaga, znalezione w sieci zdjęcie pochodzi z Parafii Św. Jadwigi Królowej w Gorlicach. Fotografia dobrze oddaje nastrój posiedzeń w miasteczku R., które – acz realnie istnieje - pragnie chwilowo pozostać w cieniu.

Moderatorka Orinoko

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Info z Zapiecka (3)




Szanowny Prezesie,

Oczywiście przeczytałem w Twojej korespondencji, co się u Was w wielkim świecie dzieje. Łapię się za głowę i nie rozumiem, dlaczego nie zrobicie z tym porządku. U nas te wszystkie pedofilie i inne gendery są nie do pomyślenia. To dopiero byłby skandal!

Z licznymi imigrantami nie mamy problemów. Do mszy służy u nas skośnooki, ale jest dobrym katolikiem i bierze udział w Marszu Niepodległości, a dwie dziewczynki, Wietnamki z pochodzenia, wygrały konkursy z języka polskiego. Deklamowały niedawno Pana Tadeusza po polsku i wietnamsku; dostały wielkie brawa, mimo że w tym drugim języku nikt normalny nic nie zrozumiał. Skandale erotyczne i u nas oczywiście się też zdarzają, ale wstyd o nich pisać, a co dopiero roztrząsać.

Jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia postanowiłem pokazać szersze tło dla wydarzeń Info z Zapiecka. Jednak życie nie sprostało chęciom. Jako miejscowy skryba zostałem wrzucony w wir zajęć, które muszę opisać i sfotografować. Teraz już jest po Świętach, ale pociechę stanowi, że mieszczę się w oktawie, tuż przed dniem Świętego Sylwestra. Wyłączam telefon, zamykam drzwi, siadam i piszę. Nikt mi nie zarzuci, że nie zmieściłem się z korespondencją w 2016 roku.

Składam najserdeczniejsze życzenia świąteczne i noworoczne Wam, Najdostojniejsza Papugo i Szanowny Prezesie, oraz wszystkim, do których te życzenia właśnie docierają.

KAJ, członek korespondent









Adwent w gminie R.

Trudny okres dla wójta i proboszcza


Od niepamiętnych czasów, w gminie była tylko jedna parafia. Mieściła się w rynku miasteczka R. Wierni ściągali do niej na msze w niedzielę i święta z wiosek odległych nawet o kilkanaście kilometrów. Łatwo było trafić, ponieważ wszystkie drogi gminne łączyły się ze sobą, a ostatnie dwie przecinały się tuż pod kościółkiem, w rynku, pośrodku parafii.

Kościół św. Szczepana jest tak stary, że uzasadnionym wydaje się podejrzenie krętactwa historycznego w wykonaniu niejakiego Mieszka i Dubrawki w sprawie zasługi ochrzczenia Polan. Mieszkańcy R. przychylają się raczej do koncepcji dokonania tego wiekopomnego aktu tu właśnie, i to przez samego świętego Szczepana, w stosownej chwili przed Jego ukamienowaniem. Jasnym jest, że udowodnienie tej hipotezy wprowadziłoby pewne zamieszanie na uniwersytetach, a jeszcze większe w ministerstwie edukacji, i dlatego nikt jej oficjalnie nie podnosi, bowiem mieszczanie z R. bardzo sobie cenią spokój.

Zostawmy jednak historyczne spory na boku. Kościółek wiele razy był palony i stawiany na nowo, aż w siedemnastym wieku odbudowano go z porządnej cegły. Od tej pory, przy okazji kolejnych patriotycznych uniesień, co najwyżej tracił dach i wyposażenie. Sam rynek za to nie wytrzymał cyklicznych prób ognia i zmienił lokalizację, uciekając w głąb miasteczka, z dala od głównych gościńców i maszerujących armii. Kościół stoi teraz samotnie z wysoką dzwonnicą, a obok niego austeria dla dyliżansów, zaprojektowana dwieście lat temu w ten sposób, że z daleka patrząc, skos jej dachów stanowi jedność z bryłą świątyni.

Z biegiem czasu ilość wiernych na tyle wzrosła, że ze starej parafii wyodrębniono jeszcze trzy. W nowych miejscach postawiono kościoły, których wykańczanie wstrzymano do chwili postawienia domów parafialnych. Metodę tę zaleca episkopat, który zauważywszy, że wierni chętniej fundują kościół niż mieszkanie dla proboszcza, zastosował chwyt żywcem wzięty z brydża, zwany podwójnym impasem. Mieszkańcom gminy R. nie podoba się stosowanie hazardowych zagrań w świętej sprawie, toteż wiele gorzkich słów wylało się dotąd pod adresem pasterzy. Przytaczanie owych słów w tym miejscu nie wydaje się stosowne; faktem jest jednak, że zapał do budowy świątyń jak był, tak pozostał.

Pozornie w gminie wszystko się zmienia. Powstają nowoczesne ulice, obiekty użyteczności publicznej, nowe domy. Nie zmieniają się tylko ludzie. Tak samo, jak przed laty, w niedziele i święta wędrują do kościoła, w Boże Ciało strojąc domy gałązkami brzozowymi, a w Zielone Świątki tatarakiem. Zwyczaj wigilijny dzielenia się opłatkiem rozrósł się tu do wielkich rozmiarów. W związku z tym, w ostatnim tygodniu Adwentu wszędzie odbywa się wigilia, a popularniejsze osoby, jak wójt i ksiądz proboszcz, w miarę zbliżania się Świąt Bożego Narodzenia poruszają się coraz bardziej ślamazarnie. Trudno im się dziwić, skoro na trzy dni przed właściwą Wigilią pierwsze, z dziesięciu tego dnia, kolacje zaczynają spożywać o dziesiątej rano.

*

Takie są w gminie R. cienie dzierżenia władzy. Organizatorzy spotkań opłatkowych to widzą i współczują. Jednak z bezwzględnością mistrza świętej sprawiedliwości miejskiej zapraszają do stołu, pilnie bacząc, by dostojny gość spróbował tylko każdej z trzynastu potraw. Gość smakuje, chwali, więc zaraz idzie dokładka..., potem następny przysmak itd., itd...

Prawdopodobnie każda gmina jest wyjątkowa.




(Test nadesłany przez KAJ'a, członka korespondenta)

poniedziałek, 28 listopada 2016

Info z Zapiecka (2)




Drogi prezesie,

Z przyjemnością przeczytałem Twoje blogi, w których zawarłeś opis świata wokół Ciebie. A tam dziwacznych postaci co niemiara; filozofowie i ulicznice, łajdacy i świętoszki. Każde z nich popadło w jakąś skrajność, z której niełatwo się wyspowiadać, a co dopiero wydobyć. Zagadką jest dla mnie, jak to robisz, że w takim towarzystwie udaje Ci się zachować bystrość sądu. Dlatego przesyłam kolejne info z Zapiecka, żeby dla odmiany pokazać świat o prostych regułach - równie jednak skomplikowany i kolorowy, choć dziś zatopiony w listopadowej sepii.

U mnie znacznie prościej. Każdy z mieszkańców mojego miasteczka wie od urodzenia, że za dobro należy się nagroda, a za zło kara. Najpierw ociec wypisywał to prawo rózgą na tyłku tak długo, póki nie zapisało się w duszy. Potem ksiądz proboszcz wygłaszał to samo ex cathedra, aż zapadło w pamięć. Ostatecznie, działanie tej świętej reguły weryfikowało życie. I stąd cała poniższa historia o zamieszaniu i rozterkach moralnych wśród obywateli miasteczka R.

KAJ, członek korespondent





rys. Jacek Gawłowski






























Przypadki anioła dobroci z R.


Jakiś czas temu rada gminy postanowiła przydzielić mieszkania w nowo wybudowanym budynku socjalnym. Odpowiednia komisja przygotowała listę, według uczciwych reguł należy dodać: sporządzoną rzetelnie. Nic dziwnego, rzecz się miała tuż przed wyborami i jeden drugiemu patrzył na ręce. Zaznaczam to nie dlatego, że po wyborach bywa tu inaczej, lecz żeby podkreślić, że tym razem na pewno było tak, jak trzeba.

Listę szczęśliwców wywieszono na tablicy ogłoszeń, na godzinę przed rozpoczęciem obrad. Postąpiono tak, aby emocje miały czas ustąpić. Mimo tego manewru, na szczelnie wypełnionej sali aż buzowało od zawiedzionych nadziei, akcentowanych głośno i z naciskiem

Ton nadawała dwudziestokilkuletnia kobieta z trzylatkiem w ramionach, narzekając wysokim głosem na zły los i nieczułość rady. Wykrzykiwała swoją krzywdę żałośliwie, aż słuchaczom łzy leciały z oczu, tak przy tym zręcznie używając słów ogólnie przyjętych za obelżywe, że ręce same składały się do oklasków. Czuć było, jak niechęć wobec urzędników stopniowo narasta, aż stała się tak gęsta, że można by ją kroić nożem.

Pomoc kobiecie przyszła niespodzianie ze strony, której nikt by o to nie podejrzewał. Oto stary bloger, będący w opozycji do władz, poruszony wyraźnie do głębi nieszczęściem młodej matki, zaproponował, że przygarnie oboje pod swój dach, i matkę i pisklę. Tumult ucichł. Emocje opadły. Tu i ówdzie rozległ się szloch poruszonych do głębi kobiet. Mężczyznom odjęło mowę. Każdy z nich chętnie wziąłby do siebie dwudziestokilkuletnie nieszczęście na wysokich obcasach, o smukłych biodrach i zgrabnej pupie, mimo niewyparzonej gęby. Tak oto dobro zrodziło dobro i rozpleniło się w całym zgromadzeniu.

Dwa dni później, młoda dama zagnieździła się w domu blogera.

Na tym powinienem skończyć, jednak historia ma dalszy ciąg, którego nie sposób pominąć.

Trzy dni później na przepustkę z więzienia wyszedł partner... A może inaczej: trzy dni później do szpitala trafił bloger...

Spuśćmy na to zasłonę miłosierdzia i opowiedzmy, co było dalej.

Dzień po powrocie pierwszego z nich do więzienia, a drugiego ze szpitala do domu, z innego więzienia na przepustkę wyszedł brat naszej Wenus. Dopadł blogera przy radiowozie... Znowu więzienie i szpital. 

*

Wszyscy w miasteczku R. zachodzą teraz w głowę, jak to jest z tą karą i nagrodą.





(Test nadesłany przez KAJ'a, członka korespondenta)


piątek, 28 października 2016

Członkowie korespondenci piszą



KAJ: Info z Zapiecka (1)



Z dziejów beztroskiego ogrodnictwa


A było tak. Dwanaście, nie, trzynaście lat temu byłem zmuszony wybudować sobie dom pod Warszawą. Spieszyło mi się. Ledwie zdążyłem przed zimą. A sroga była! Zamieszkałem, nim podłączyli gaz. Dwieście pięćdziesiąt metrów kwadratowych ogrzewałem najmniejszym możliwym piecykiem, spalając w nim szalunki. Dwieście pięćdziesiąt metrów to dużo? A co - wybudowałem nam dwór. Dla nas i dzieci. Teraz dzieci poszły na swoje...

Pal licho kłopoty mieszkaniowe! Ja nie o tym.
Następnego roku porządkowałem działkę wokół domu. Porządnie, projekt od dobrego ogrodnika, a wykonanie moje. Ryłem w ziemi jak kret. Obok, czasami pojawiała się żona, jak ryjówka.

To wskutek jej (!) namowy posadziłem czerwoną renetę. Jeszcze mi dźwięczy w uszach: "będę ci piekła szarlotki".






To przez łakomstwo. Cztery lata temu reneta zaczęła owocować. Najpierw powoli, mniej więcej dziesięć kilo. Byłem zadowolony - starczyło dla nas i sąsiadów. 
W następnym roku podobnie, za to w trzecim sezonie prawie nic. Smuta. Znajomy ogrodnik skomentował: jak się nie wkłada, to się nie wyjmuje, w twoim wieku powinieneś wiedzieć. Czerwony w duchu ze wstydu, kupiłem sto kilo kurzaka i rozsypałem pod koroną.
Odwdzięczyła się.


Znajomi przestali odwiedzać, zero kontaktów. Nawet w przypadkowych spotkaniach ”na mieście” rozmowy zaczynają od zarzekania się, że renet mają „po pachy”.

A ja siedzę w kuchni i przerabiam.

KAJ



PS
Kilka miesięcy temu byłem na mszy u Dominikanów. Jest na Służewcu ogromna świątynia zaprojektowana przez natchnionego architekta. Odwzorowuje łódź obróconą dnem do góry. Na dziobie ołtarz, na rufie chór. W czasie mszy widziałem na własne oczy ogromnego orła, który przysiadł na ołtarzu. Wypełnił całe prezbiterium. Załamał skrzydła między gotyckimi wręgami łodzi, szare pióra srebrzyły się, odbijając światło reflektorów, ale naprawdę świeciły od środka. Spoglądał szaro-srebrny obojętnie, patrząc, w którą stronę odlecieć. Zamknąłem oczy, a gdy je otwarłem, już go nie było. Po co zamykałem oczy?!




(Tekst nadesłany przez KAJ'a)