O blogu

Klub Kolonialny Papugi Orinoko - w tej nazwie wszystko jest prawdziwe:

- Klub jest wirtualnym klubem wymiany rzeczywistych poglądów,
- K
olonialny stanowi egzotyczne decorum, które powinno Czytelnika zaciekawić, sprowadzić i, why not, uwieść,
- Papuga Orinoko istnieje naprawdę i można ją spotkać na blogu "Z frontu walki z reakcją i Redakcją",

poniedziałek, 6 marca 2017

Info z Zapiecka (5)



Szanowny Prezesie,

Przykro mi, że u was, na Zachodzie tak źle się dzieje, jak piszesz. Pocieszę Cię, że u nas też nie brakuje zboczeńców, nadreprezentowanych wśród znanych aktorów i polityków. W sytuacji, gdy po wyborach wszystko w kraju zmierza do normalności, ich defekty są znacznie bardziej widoczne niż kiedyś. Nie jest ich więcej niż było - na ciemnym tle ciemne sprawki były spowite mrokiem.

Mógłbym dużo pisać o rozmaitych aferach, ukradzionych miliardach i skrzywdzonych ludziach. Licytować się z Tobą, gdzie jest gorzej. Gdzież mi jednak do takich światowych spraw! Dlatego wybieram przeciwną opcję - na przykładzie miasteczka R. pokazuję ludzi zwyczajnych swoją przyzwoitością, pracowitością i mądrością. To miasteczko, to nic więcej jak maleńkie miejsce na mapie, gdzie dobro jest identyfikowane z imienia i nazwiska.



Polityka w miasteczku R.

Nie zawsze tak było jak dzisiaj. Przed sześciu laty odbyły się trudne wybory. Naprzeciw siebie stanęli wójt poprzedni i obecny. Mówiąc w skrócie: poprzedni obiecywał, że przychyli nieba wyborcom, a obecny głównie to, że będzie uczciwie. Mimo że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na pierwszego, zwyciężył drugi. Do dziś wyborcy gminy R. spierają się ze sobą przyjacielsko, co wtedy wzięło w nich górę: mądrość czy instynkt samozachowawczy.

Kolejne wybory Wójt wygrał w cuglach, ponieważ za takie same pieniądze, jakie wydał jego poprzednik, wybudował dwa razy więcej i pozyskał fundusze z Unii, nie zadłużając gminy ponad miarę. Odtąd mieszkańcy R. spokojnie patrzyli w przyszłość, aż tu Naczelnik Kaczyński zdecydował ograniczyć ilość kadencji do dwóch. Teraz mniej patrzą w przyszłość, a bardziej po sobie. Widać to zwłaszcza po radnych. Trudno rozgryźć ich spojrzenie. Wzrok mają trochę zamglony, nieobecny, oderwany od rzeczywistości…

Zwykli mieszkańcy R. podchodzą jednak do przyszłości znacznie pogodniej.
Po pierwsze dlatego, że zima była całkiem znośna. Temperatury nie zwalały z nóg, utrzymując się w rozsądnej niskości. Śniegu było po kostki, ślizgawica nie trwała dłużej niż kilka dni, a ostatnio na dobitkę, słupki rtęci w zaokiennych termometrach wystrzeliły w górę, wieszcząc niższe rachunki za ogrzewanie. W rezultacie tych parametrów klimatycznych, w miasteczku R. nastrój notuje się w strefach średnich lub wysokich.




Po drugie gospodarka aż buzuje. Na twarze sklepikarzy powrócił uśmiech. Trudno już teraz powiedzieć, czy zmiana nastroju związana jest z 500+ czy z wiosenną pogodą. W każdym razie prognostyki są dobre. Mieszkańcy R. zawdzięczają je projektom i wyborom. Projektów jest tyle, że jeśli choćby ich mała część się ziści, gospodarczo wyprzedzą Dubaj. Natomiast, spokojną pewność sukcesu gwarantuje pewien wybór. Otóż niedawno episkopat powołał naszego Zbawiciela na Króla Polski. Każdy przyzna, że po ośmiu latach rządów liberałów nie można było wybrać lepiej.

Gminna opozycja załamuje ręce. Ona, sól demokracji nie ma się, do czego przyczepić. Opozycyjne autorytety spuściły z tonu, gdyż ich intelektualne prowokacje zamiast oczekiwanego aplauzu wywołują powszechną niechęć. Jako przyczynę tego stanu rzeczy nieomylnie podają zdziczenie politycznych obyczajów. Tymczasem nieomylność, jak wiadomo, jest lżejsza od powietrza, a więc, zgodnie z prawem Archimedesa, autorytety bujają w coraz wyższych partiach obłoków.

* * *

Wiem, że w tej korespondencji zawarłem zbyt dużo zdań ogólnych, tchnących wiosennym optymizmem, ale gdybym przedstawił Twoje, Prezesie, francuskie kłopoty mieszczaninowi z R., ten wzruszyłby ramionami i z domieszką pewnej wyższości w głosie, orzekł: „Francuzom brakuje naszego Wójta”.

Pozdrawiam oboje: Papugę i Ciebie,
KAJ



Test nadesłany przez KAJ'a, członka korespondenta.
Moderatorka Orinoko

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Info z Zapiecka (4)


 

Szanowny Prezesie,

Zauważyłem, że w dwudziestym pierwszym wieku czas przyspieszył i bystro płynie jak nigdy. Nie wiem jak z nim jest u Ciebie, ale u mnie leci jak wściekły. Najpierw w jednej chwili minął miesiąc od czasu mojej poprzedniej korespondencji, a teraz patrzę: już tydzień od Twoich zgryźliwych uwag na temat Papieża Franciszka i Jego wizyty w Królestwie Szwecji. Nie chcę wytykać, że umknęło Ci chyba, kto tam był zaproszony, a kto zapraszał.

Nawet u mnie w gminie, jeśli się przyjmuje gościa, to honor nakazuje zrobić to jak najbardziej okazale. Dom posprzątać, odświeżyć, pozamiatać ścieżki, do komitetu powitalnego przyjąć osoby godne, przyzwoicie odziane, trzeźwe, umiejące się wysłowić gładko i na temat. Przygotować toasty i kwiaty. Gdybym opowiedział komukolwiek z miasteczka R, jaki despekt spotkał Ojca Świętego wśród Szwedów, nikt by nie uwierzył. Z zamierzchłych opowiadań rodzinnych i widomych śladów w naszym kościele wszyscy wiedzą, że to lud chciwy i prymitywny. Ale żeby upaść aż tak nisko?

Dlatego Tobie do wiadomości, a Szwedom ku nauce napiszę parę słów o przyjmowaniu ważnych gości na uroczystościach w mojej gminie.





Uroczystości w miasteczku R.


Każdy mieszkaniec gminy R. doskonale sobie zdaje sprawę, że gości zaprasza się z jakiejś okazji. Oczywiście, nie obca jest ta wiedza dygnitarzom: wójtowi i jego zastępcy, przewodniczącemu gminnej rady, proboszczowi oraz osobom piastującym ważne funkcje - dyrektorom szkół, instytucji kulturalnych i spółek gminnych. Hierarchia jest najważniejsza. Na górze Wójt i ks. Proboszcz, w tej kolejności lub odwrotnej; poniżej - przewodniczący rady, a rozmaici dyrektorzy na samym dole. Dla wszystkich to rozróżnienie jest jasne. Od urodzenia mieszczanin z R. wie, który kogut górniej pieje i z jakiego klucza.

Tak więc, jeśli zwykły zjadacz chleba ogranicza się do obchodzenia uroczystości prywatnych, to dygnitarze mają już większe zobowiązania. Wójt uczestniczy w uroczystościach państwowych i gminnych; oczywiście nie sam, bo wraz z nim wszyscy, którzy cokolwiek znaczą. Rzecz jasna, nie ma żadnej listy obecności, tym bardziej, że każdy stara się pokazać w doborowym towarzystwie. Jednak, jeśli już ktoś naprawdę nie może przybyć, wystarczy, że poda ważny powód, który od razu jest przyjmowany za dobrą monetę.

W gminie, ktokolwiek by nie zapraszał, to i tak gospodarzem jest Wójt. Czyni to w sposób naturalny, na przykład przepuszcza wszystkich przodem, aż grupka, w której przybył, nie przekroczy progu. Niepotrzebny jest regulamin - Wójt stoi i trzyma drzwi, w które jako pierwszy wchodzi ks. Proboszcz, potem starsze panie, następnie podlotki płci pięknej, a dopiero po nich pozostali dygnitarze. Taka konfiguracja wydaje się mieszkańcom R. oczywista. Odzwierciedla ona odwieczną harmonię bytów i siły działające w naturze: oto Wójt zasiada pośrodku, w pierwszym rzędzie, tuż obok Proboszcza, i jest otoczony radnymi, dyrektorami i działaczami różnych szczebli, unaoczniając w ten sposób biblijną prawdę, że ostatni stają się pierwszymi.



 






Poproszony pięknie, Wójt idzie na scenę i przemawia. Najpierw pada kilka składnych zdań o okolicznościach święta, a potem śliczności o organizatorach i gościnnym środowisku złotego wieku. Wszystko z głowy i z serca. Dlatego, nawet jeśli Wójt dzień dziadka pomyli z dniem kobiet, nikt mu tego nie wytyka, bo raz, że zapracowany, a dwa, co się ceni, że kobiety mu widać bliższe.

Zwykle po Wójcie zabiera głos ks. Proboszcz, zapraszając do modlitwy i błogosławiąc zgromadzonych, choć wielu wśród nich schizmatyków i ateuszy. Wielką z tego satysfakcję czerpią panie emerytki, dla których dochodzi do połączenia przyjemnego z pożytecznym, kiedy odstępcy, ze złożonymi rękami na podołkach i międlący wargami w rytm egzorcyzmu, kornie pochylają głowy, przyjmując Ducha Świętego.


* * *

Widzowi z boku wydawać by się wtedy mogło, że są to dwa teatry, jeden na scenie, drugi na widowni. Nic bardziej złudnego. Dzieje się jeden, zamknięty w zaklętym kręgu, w którym każdy jest widzem i aktorem, odbiorcą i twórcą. Tak długo, jak grzeczność jednych wobec drugich tego wymaga.




PS. Sam powiedz Prezesie: co kosztowało Szwedów, aby zachować się przyzwoicie?

Pozdrawiam Szanowną Papugę i Ciebie w równym stopniu.
KAJ




Test nadesłany przez KAJ'a, członka korespondenta. 
Uwaga, znalezione w sieci zdjęcie pochodzi z Parafii Św. Jadwigi Królowej w Gorlicach. Fotografia dobrze oddaje nastrój posiedzeń w miasteczku R., które – acz realnie istnieje - pragnie chwilowo pozostać w cieniu.

Moderatorka Orinoko

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Info z Zapiecka (3)




Szanowny Prezesie,

Oczywiście przeczytałem w Twojej korespondencji, co się u Was w wielkim świecie dzieje. Łapię się za głowę i nie rozumiem, dlaczego nie zrobicie z tym porządku. U nas te wszystkie pedofilie i inne gendery są nie do pomyślenia. To dopiero byłby skandal!

Z licznymi imigrantami nie mamy problemów. Do mszy służy u nas skośnooki, ale jest dobrym katolikiem i bierze udział w Marszu Niepodległości, a dwie dziewczynki, Wietnamki z pochodzenia, wygrały konkursy z języka polskiego. Deklamowały niedawno Pana Tadeusza po polsku i wietnamsku; dostały wielkie brawa, mimo że w tym drugim języku nikt normalny nic nie zrozumiał. Skandale erotyczne i u nas oczywiście się też zdarzają, ale wstyd o nich pisać, a co dopiero roztrząsać.

Jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia postanowiłem pokazać szersze tło dla wydarzeń Info z Zapiecka. Jednak życie nie sprostało chęciom. Jako miejscowy skryba zostałem wrzucony w wir zajęć, które muszę opisać i sfotografować. Teraz już jest po Świętach, ale pociechę stanowi, że mieszczę się w oktawie, tuż przed dniem Świętego Sylwestra. Wyłączam telefon, zamykam drzwi, siadam i piszę. Nikt mi nie zarzuci, że nie zmieściłem się z korespondencją w 2016 roku.

Składam najserdeczniejsze życzenia świąteczne i noworoczne Wam, Najdostojniejsza Papugo i Szanowny Prezesie, oraz wszystkim, do których te życzenia właśnie docierają.

KAJ, członek korespondent









Adwent w gminie R.

Trudny okres dla wójta i proboszcza


Od niepamiętnych czasów, w gminie była tylko jedna parafia. Mieściła się w rynku miasteczka R. Wierni ściągali do niej na msze w niedzielę i święta z wiosek odległych nawet o kilkanaście kilometrów. Łatwo było trafić, ponieważ wszystkie drogi gminne łączyły się ze sobą, a ostatnie dwie przecinały się tuż pod kościółkiem, w rynku, pośrodku parafii.

Kościół św. Szczepana jest tak stary, że uzasadnionym wydaje się podejrzenie krętactwa historycznego w wykonaniu niejakiego Mieszka i Dubrawki w sprawie zasługi ochrzczenia Polan. Mieszkańcy R. przychylają się raczej do koncepcji dokonania tego wiekopomnego aktu tu właśnie, i to przez samego świętego Szczepana, w stosownej chwili przed Jego ukamienowaniem. Jasnym jest, że udowodnienie tej hipotezy wprowadziłoby pewne zamieszanie na uniwersytetach, a jeszcze większe w ministerstwie edukacji, i dlatego nikt jej oficjalnie nie podnosi, bowiem mieszczanie z R. bardzo sobie cenią spokój.

Zostawmy jednak historyczne spory na boku. Kościółek wiele razy był palony i stawiany na nowo, aż w siedemnastym wieku odbudowano go z porządnej cegły. Od tej pory, przy okazji kolejnych patriotycznych uniesień, co najwyżej tracił dach i wyposażenie. Sam rynek za to nie wytrzymał cyklicznych prób ognia i zmienił lokalizację, uciekając w głąb miasteczka, z dala od głównych gościńców i maszerujących armii. Kościół stoi teraz samotnie z wysoką dzwonnicą, a obok niego austeria dla dyliżansów, zaprojektowana dwieście lat temu w ten sposób, że z daleka patrząc, skos jej dachów stanowi jedność z bryłą świątyni.

Z biegiem czasu ilość wiernych na tyle wzrosła, że ze starej parafii wyodrębniono jeszcze trzy. W nowych miejscach postawiono kościoły, których wykańczanie wstrzymano do chwili postawienia domów parafialnych. Metodę tę zaleca episkopat, który zauważywszy, że wierni chętniej fundują kościół niż mieszkanie dla proboszcza, zastosował chwyt żywcem wzięty z brydża, zwany podwójnym impasem. Mieszkańcom gminy R. nie podoba się stosowanie hazardowych zagrań w świętej sprawie, toteż wiele gorzkich słów wylało się dotąd pod adresem pasterzy. Przytaczanie owych słów w tym miejscu nie wydaje się stosowne; faktem jest jednak, że zapał do budowy świątyń jak był, tak pozostał.

Pozornie w gminie wszystko się zmienia. Powstają nowoczesne ulice, obiekty użyteczności publicznej, nowe domy. Nie zmieniają się tylko ludzie. Tak samo, jak przed laty, w niedziele i święta wędrują do kościoła, w Boże Ciało strojąc domy gałązkami brzozowymi, a w Zielone Świątki tatarakiem. Zwyczaj wigilijny dzielenia się opłatkiem rozrósł się tu do wielkich rozmiarów. W związku z tym, w ostatnim tygodniu Adwentu wszędzie odbywa się wigilia, a popularniejsze osoby, jak wójt i ksiądz proboszcz, w miarę zbliżania się Świąt Bożego Narodzenia poruszają się coraz bardziej ślamazarnie. Trudno im się dziwić, skoro na trzy dni przed właściwą Wigilią pierwsze, z dziesięciu tego dnia, kolacje zaczynają spożywać o dziesiątej rano.

*

Takie są w gminie R. cienie dzierżenia władzy. Organizatorzy spotkań opłatkowych to widzą i współczują. Jednak z bezwzględnością mistrza świętej sprawiedliwości miejskiej zapraszają do stołu, pilnie bacząc, by dostojny gość spróbował tylko każdej z trzynastu potraw. Gość smakuje, chwali, więc zaraz idzie dokładka..., potem następny przysmak itd., itd...

Prawdopodobnie każda gmina jest wyjątkowa.




(Test nadesłany przez KAJ'a, członka korespondenta)

poniedziałek, 28 listopada 2016

Info z Zapiecka (2)




Drogi prezesie,

Z przyjemnością przeczytałem Twoje blogi, w których zawarłeś opis świata wokół Ciebie. A tam dziwacznych postaci co niemiara; filozofowie i ulicznice, łajdacy i świętoszki. Każde z nich popadło w jakąś skrajność, z której niełatwo się wyspowiadać, a co dopiero wydobyć. Zagadką jest dla mnie, jak to robisz, że w takim towarzystwie udaje Ci się zachować bystrość sądu. Dlatego przesyłam kolejne info z Zapiecka, żeby dla odmiany pokazać świat o prostych regułach - równie jednak skomplikowany i kolorowy, choć dziś zatopiony w listopadowej sepii.

U mnie znacznie prościej. Każdy z mieszkańców mojego miasteczka wie od urodzenia, że za dobro należy się nagroda, a za zło kara. Najpierw ociec wypisywał to prawo rózgą na tyłku tak długo, póki nie zapisało się w duszy. Potem ksiądz proboszcz wygłaszał to samo ex cathedra, aż zapadło w pamięć. Ostatecznie, działanie tej świętej reguły weryfikowało życie. I stąd cała poniższa historia o zamieszaniu i rozterkach moralnych wśród obywateli miasteczka R.

KAJ, członek korespondent





rys. Jacek Gawłowski






























Przypadki anioła dobroci z R.


Jakiś czas temu rada gminy postanowiła przydzielić mieszkania w nowo wybudowanym budynku socjalnym. Odpowiednia komisja przygotowała listę, według uczciwych reguł należy dodać: sporządzoną rzetelnie. Nic dziwnego, rzecz się miała tuż przed wyborami i jeden drugiemu patrzył na ręce. Zaznaczam to nie dlatego, że po wyborach bywa tu inaczej, lecz żeby podkreślić, że tym razem na pewno było tak, jak trzeba.

Listę szczęśliwców wywieszono na tablicy ogłoszeń, na godzinę przed rozpoczęciem obrad. Postąpiono tak, aby emocje miały czas ustąpić. Mimo tego manewru, na szczelnie wypełnionej sali aż buzowało od zawiedzionych nadziei, akcentowanych głośno i z naciskiem

Ton nadawała dwudziestokilkuletnia kobieta z trzylatkiem w ramionach, narzekając wysokim głosem na zły los i nieczułość rady. Wykrzykiwała swoją krzywdę żałośliwie, aż słuchaczom łzy leciały z oczu, tak przy tym zręcznie używając słów ogólnie przyjętych za obelżywe, że ręce same składały się do oklasków. Czuć było, jak niechęć wobec urzędników stopniowo narasta, aż stała się tak gęsta, że można by ją kroić nożem.

Pomoc kobiecie przyszła niespodzianie ze strony, której nikt by o to nie podejrzewał. Oto stary bloger, będący w opozycji do władz, poruszony wyraźnie do głębi nieszczęściem młodej matki, zaproponował, że przygarnie oboje pod swój dach, i matkę i pisklę. Tumult ucichł. Emocje opadły. Tu i ówdzie rozległ się szloch poruszonych do głębi kobiet. Mężczyznom odjęło mowę. Każdy z nich chętnie wziąłby do siebie dwudziestokilkuletnie nieszczęście na wysokich obcasach, o smukłych biodrach i zgrabnej pupie, mimo niewyparzonej gęby. Tak oto dobro zrodziło dobro i rozpleniło się w całym zgromadzeniu.

Dwa dni później, młoda dama zagnieździła się w domu blogera.

Na tym powinienem skończyć, jednak historia ma dalszy ciąg, którego nie sposób pominąć.

Trzy dni później na przepustkę z więzienia wyszedł partner... A może inaczej: trzy dni później do szpitala trafił bloger...

Spuśćmy na to zasłonę miłosierdzia i opowiedzmy, co było dalej.

Dzień po powrocie pierwszego z nich do więzienia, a drugiego ze szpitala do domu, z innego więzienia na przepustkę wyszedł brat naszej Wenus. Dopadł blogera przy radiowozie... Znowu więzienie i szpital. 

*

Wszyscy w miasteczku R. zachodzą teraz w głowę, jak to jest z tą karą i nagrodą.





(Test nadesłany przez KAJ'a, członka korespondenta)


piątek, 28 października 2016

Członkowie korespondenci piszą



KAJ: Info z Zapiecka (1)



Z dziejów beztroskiego ogrodnictwa


A było tak. Dwanaście, nie, trzynaście lat temu byłem zmuszony wybudować sobie dom pod Warszawą. Spieszyło mi się. Ledwie zdążyłem przed zimą. A sroga była! Zamieszkałem, nim podłączyli gaz. Dwieście pięćdziesiąt metrów kwadratowych ogrzewałem najmniejszym możliwym piecykiem, spalając w nim szalunki. Dwieście pięćdziesiąt metrów to dużo? A co - wybudowałem nam dwór. Dla nas i dzieci. Teraz dzieci poszły na swoje...

Pal licho kłopoty mieszkaniowe! Ja nie o tym.
Następnego roku porządkowałem działkę wokół domu. Porządnie, projekt od dobrego ogrodnika, a wykonanie moje. Ryłem w ziemi jak kret. Obok, czasami pojawiała się żona, jak ryjówka.

To wskutek jej (!) namowy posadziłem czerwoną renetę. Jeszcze mi dźwięczy w uszach: "będę ci piekła szarlotki".






To przez łakomstwo. Cztery lata temu reneta zaczęła owocować. Najpierw powoli, mniej więcej dziesięć kilo. Byłem zadowolony - starczyło dla nas i sąsiadów. 
W następnym roku podobnie, za to w trzecim sezonie prawie nic. Smuta. Znajomy ogrodnik skomentował: jak się nie wkłada, to się nie wyjmuje, w twoim wieku powinieneś wiedzieć. Czerwony w duchu ze wstydu, kupiłem sto kilo kurzaka i rozsypałem pod koroną.
Odwdzięczyła się.


Znajomi przestali odwiedzać, zero kontaktów. Nawet w przypadkowych spotkaniach ”na mieście” rozmowy zaczynają od zarzekania się, że renet mają „po pachy”.

A ja siedzę w kuchni i przerabiam.

KAJ



PS
Kilka miesięcy temu byłem na mszy u Dominikanów. Jest na Służewcu ogromna świątynia zaprojektowana przez natchnionego architekta. Odwzorowuje łódź obróconą dnem do góry. Na dziobie ołtarz, na rufie chór. W czasie mszy widziałem na własne oczy ogromnego orła, który przysiadł na ołtarzu. Wypełnił całe prezbiterium. Załamał skrzydła między gotyckimi wręgami łodzi, szare pióra srebrzyły się, odbijając światło reflektorów, ale naprawdę świeciły od środka. Spoglądał szaro-srebrny obojętnie, patrząc, w którą stronę odlecieć. Zamknąłem oczy, a gdy je otwarłem, już go nie było. Po co zamykałem oczy?!




(Tekst nadesłany przez KAJ'a)

niedziela, 17 kwietnia 2016

Dzwoni do mnie Maurycy (36)*



O niebywałych pożytkach 
z migracji w obu kierunkach



 Coś takiego było w sygnale komórki, że zwyczajowe "cześć Maurycy" wymówiłem głosem ściszonym, jak ktoś, kto w czasie kazania pyta żonę, czy ma drobne na tacę. Miałem nosa, bo mój krewki przyjaciel w tym samym tonie zachęcił mnie, "żebym ruszył tyłek, bo Wkurzak przyprowadził mu do domu przecudny okaz KODupka".

Nie minęło parę minut, jak znalazłem się twarzą w twarz z gościem, którego światowość z wielką determinacją przebijała się przez trzydniowy zarost i gęste zarośla wokół podpuchniętych ust.
- Ralf - podał mi lewą rękę, ostrożnie manipulując prawą, w której trzymał szklankę o zapachu whisky.
- Pan Rafał Trzaskaliński miał na moim osiedlu wykład o dobrodziejstwach imigracji, to go zaprosiłem - wyjaśnił Jurek Wkurzak, znany również jako redaktor Wkurzak.
- Nie "o dobrodziejstwach imigracji", tylko "o dobrodziejstwach migracji" i nie Rafał tylko Ralf - sucho sprostował Trzaskaliński.
- Podobno Rafał, to jest Ralf, wie o migrantach więcej niż sami migranci - dorzucił Maurycy.
- Można tak bez ryzyka powiedzieć - wykazał odporność na ironię Trzaskaliński. - Podobnie jak Rafał Trzaskowski, natchnienie i nadzieja polskiej polityki, jestem absolwentem Kolegium Europejskiego w Natolinie i tak jak on byłem stypendystą w Oxfordzie i w paryskim Instytucie Unii Europejskiej ds. Badań nad Bezpieczeństwem.
- O kurwa! - wyrwało się z Wkurzaka.
- Jeszcze kropelkę? - zapytał Maurycy.
- A kto mnie odwiezie do domu? - podsunął szklankę gość.
- Pogotowie.
- No to za migrantów! - postawił na przekorę Trzaskaliński - Niech żyją uchodźcy!
- U siebie - dokończył Maurycy.

- Panowie pozwolą - przystąpił do rzeczy specjalista - że mówiąc o emigracji, ograniczę się do emigracji Polaków, która to emigracja ma dwa pozytywne aspekty, a nawet więcej, bo dwa i pół. Jako tania siła robocza, Polacy podnoszą bogactwo unijnych krajów zatrudnienia, a więc pośrednio całej Unii Europejskie. To zaś oznacza, że bogacieje i Polska, która w Unii leży.
- W istocie leży - mruknął Maurycy.
- Nigdy tego, kurwa, w ten sposób nie widziałem - potarł się po czole Wkurzak.
- Drugi pozytywny aspekt polega na tym, że emigrując, Polacy robią miejsce dla imigrantów. Imigrantów zaś mamy dwa główne rodzaje...
- Żydów i muzułmanów - kontynuował mruczenie Maurycy.
- NIech będzie, że Żydów i muzułmanów - popisał się słuchem mówca. - Polacy są zobowiązani odtworzyć przestrzeń życiową dla środowisk inteligenckich i twórczych, zmuszonych wraz z rodzinami opuścić kraj po wydarzeniach marcowych, a jeśli chodzi o muzułmanów uciekających spod bomb, to nikt lepiej nie wie od papieża Franciszka, jak mądrą i moralną rzeczą jest zapewnienie im u nas gościny, czyli mieszkań i środków do życia.
- Dotąd wszystko jasne - włączyłem się do obrad. - Mamy dwa aspekty, ale gdzie jest połówka?
- Ta połówka... - podrapał się po głowie Trzaskaliński. - Z grubsza biorąc, chodzi o to, że im więcej ksenofobów wyjedzie, tym łatwiej będzie nam zbudować społeczeństwo otwarte, zgodnie ze wskazówkami Jurka Sorosa, fundacji Batorego, Sławka Siurakowskiego i... co ja wam zresztą będę tłumaczył.
Co powiedziawszy wykładowca zsunął rękę z głowy i jął się drapać po wszystkim. Aż w końcu podrapał się po szklance i podstawił ją pod butelkę.

- Co do za-za-za-zalet imigracji - zamichnikował Trzaskaliński - to ideologię zostawię Trzaskowskiemu, a sam skupię się na praktyce. Załóżmy, że w takiej Polsce pojawi się milion i-i-imigrantów...
- Dolej mu - syknąłem do Maurycego - bo się zająka na śmierć.
Terapia okazała się o tyle niefortunna, że lektor przestał wprawdzie się jąkać, ale przestał również mówić i przestawił się na niepewny odbiór.
- Załóżmy, że w takiej Polsce pojawi się milion i-i-imigrantów - podjął za niego wątek Maurycy. - Będzie to miało absolutnie dobroczynny wpływ na polskie bezrobocie. Dziecko wie, że uchodźca musi jeść, spać, leczyć się, jeździć samochodem i mieć smartfona. A jego rodzina to nie pies i musi mieć to samo. Jednocześnie przykład ot, choćby takiej Szwajcarii, pokazuje, że afrykański i bliskowschodni uchodźca do pracy się nie kwapi, a jak się czasem kwapi, to niewiele umie. To ja się pytam, kto mu zbuduje dom i sfinansuje jego wymagania? Naturalnie, zrobi to Polak, ale ja się znowu pytam, kto Polakowi za tę robotę zapłaci?
- Polak! - odpowiedzieliśmy chórem, w którym zabrzmiał również Trzaskaliński.
- A z czego Polak zapłaci? - ciągnął Maurycy. - Z podatków. A skąd weźmie na podatki? Z dodatkowej pracy. A jak nie będzie pracy? To wyjedzie do roboty za granicę i zrobi miejsce dla nowego imigranta, tak jak to wyłożył nam Europejczyk Trzaskowski.
- Trzaskaliński.
- Jeden chuj! - zniecierpliwił się Wkurzak.
- A ile będzie roboty dla tłumaczy i nauczycieli - przejąłem inicjatywę. - Co muzułmański imigrant, to kupa dzieci, a dzieci muszą chodzić do szkoły. Międzynarodowe komisje od praw człowieka nigdy nie zgodzą się na wysyłanie dzieci uchodźców do szkół specjalnych; stąd poziom szkół publicznych porządnie się obniży. Uformuje się nowe pokolenie tanich robotników, niezdolnych do czegoś więcej jak tylko montaż dla krajów strefy euro. W konsekwencji, bezrobocie chwilowo się obniży, a Produkt Krajowy Brutto jeszcze po chińsku i Lewandowsku podrośnie.
- O o o! - odzyskał świadomość Trzaskaliński. - Widzę, że łapiecie.
- Jeszcze nie, ale zaraz złapiemy - poinformował gościa Maurycy i w trójkę wynieśliśmy go przed dom, gdzie już czekała zamówiona przez żonę Maurycego taksówka.



















Miałem świadomość, że czas był iść do siebie.
Mimo, że ledwie liznęliśmy sprawę nadzwyczajnych pożytków z wędrówek ludów, stamtąd tu i stąd gdziekolwiek.
Mimo, że Maurycy wyjął z barku butelkę Macallana i mniej więcej zachęcająco na nas zerkał.

Na zewnątrz było ni to sucho, ni to mokro, ni ciepło, ni zimno...
Zupełnie jak w polityce.



______________________________________ ___________________
*
(1) Maurycy został zaproszony przeze mnie do Klubu Kolonialnego Papugi Orinoko i logiczne jest, że zabrał ze sobą zapis rozmów, stanowiący dotąd treść blogu "Dzwoni do mnie Maurycy".
(2) Maurycemu należy się obecnie tytuł CCK (Czcigodny Członek Klubu). Nominację CCK wprowadziłem w związku z tradycyjnie dwuznacznym charakterem słowa "członek". Czytelnik łatwo zgadnie, że jeżeli zwrócę się do Maurycego słowami "szanowny CCK", a na jakiegoś Kijkowskiego z KODu zawołam "szanowny członku" - to nie będzie to ten sam rodzaj respektu.